MIĘDZY WENUS A MARSEM, Misja #1: John Steinbeck

Że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa wiadomo nie od dziś. Zarówno jedne, jak i drudzy zupełnie inaczej postrzegają otaczający ich świat, inaczej odbierają dobiegające z zewnątrz bodźce, w odmienny sposób odbierają siebie. A co z literaturą? Czy i jej odbiór definiowany jest przez płeć? Czy kobiece oko różni się od męskiego spojrzenia na słowo pisane? Zaiste tak jest. W “Między Wenus a Marsem” spróbujemy nie tylko to udowodnić, ale i znaleźć złoty środek. Wraz z Przemkiem zejdziemy ze swych rodzimych planet, po to by spotkać się na Ziemi i porozmawiać o  jednym z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy – Johnie Steinbecku.

O STEINBECKU, BO…

Ona: Kiedy sięgałam po moją pierwszą książkę Noblisty, o której za chwilę porozmawiamy, zupełnie nie kojarzyłam jego nazwiska. Szczerze powiedziawszy nawet nie pamiętam dlaczego skusiłam się akurat na tę lekturę. Najprawdopodobniej ktoś nieśmiało polecał tytuł na jednym forum książkowym, na którym się udzielam, choć mogło się zdarzyć, że nazwisko przewinęło mi się na liście “1001 books you must read before you die”, którą od czasu do czasu się inspirowałam przy wyborze lektur. Pamiętam, że byłam dość sceptyczna, nie spodziewałam się wiele, obawiałam się mocno przeciętnej i niewyróżniającej się lektury. To, co dostałam było wstrząsające i na swój sposób piękne. Byłam zdumiona, że wcześniej nie słyszałam o książce, a tym bardziej o samym autorze. Będąc mocno zaintrygowaną, z bliska przyjrzałam się jego twórczości. Tytuły pokroju “Na wschód od Edenu” czy “Grona gniewu” były mi znane, nie potrafiłam jednak przypisać do nich nazwiska autora. Straszna szkoda, bo te monumentalne powieści są urzekająco prawdziwe, a tematyka, której dotykają porażająco aktualna. Tym bardziej jestem więc zdumiona, że o autorze tak mało się mówi. Uważam, że John Steinbeck to pisarz cały czas niedoceniany. Stąd też pomysł na tę rozmowę.

On: Nie chcę narazić się na śmieszność, ani też wyjść na ignoranta, jednak jak i Ty Dominiko uważam, że nazwisko Steinbeck jest zadziwiająco mało popularne zważywszy na talent autora. Tytuły takie jak „Myszy i ludzie”, czy „Na wschód od Edenu” są powszechnie znane, tymczasem sam pisarz – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – nie zdobył w naszym kraju rozgłosu na jaki zasługuje. Pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty z napisanej przeze mnie recenzji „Zagubionego autobusu” autorstwa Steinbecka: „Pierwsza rzecz to rozbudowane opisy przyrody i najogólniej ujmując otoczenia; i tu szok, ponieważ wydawać by się mogło, że te właśnie opisy będą nużące, jednak nic bardziej mylnego, u Steinbecka nawet opis źdźbła trawy potrafi porwać.”; „To jest coś niesamowitego, gdyż na pozór w tej książce nie ma akcji. Jeśli ktoś zapytałby mnie, o czym opowiada „Zagubiony autobus”, to zgodnie z prawdą opis fabuły byłby taki: Grupka ludzi spotyka się w czymś na wzór baru, następnie razem jadą autobusem. Koniec. Naprawdę! To z kolei sprawia wrażenie, jakby w tej powieści brakowało emocji. I tu jest właśnie największy haczyk, ponieważ emocji w „Zagubionym autobusie” jest aż nadto! To, jakie spojrzenie na świat mają poszczególne postaci, jak ewoluują i zmieniają się (czasem na lepsze, czasami nie) na oczach czytelnika, zachwyca i – jak mówiłem – hipnotyzuje! Siłą tej lektury są właśnie szczegółowe opisy dokonywane przy użyciu dość prostego, a zarazem pięknego języka”. Wydaje mi się, że powyższe cytaty w połączeniu z – moim zdaniem – słabą rozpoznawalnością amerykańskiego Noblisty, wyjaśniają dlaczego to właśnie tego konkretnego autora wzięliśmy dziś z Dominiką pod lupę.

PIERWSZY STEINBECK…

On: W porównaniu z Dominiką (której pewnie trudniej będzie sobie przypomnieć początki przygody z twórczością Amerykanina) moja “steinbeckowa” biblioteczka prezentuje się dość ubogo, dlatego bez problemu mogę wskazać tytuł mojego „pierwszego Steinbecka”. Nie będzie chyba zaskoczeniem gdy powiem, że był nim prawdopodobnie najbardziej znany utwór pióra Amerykanina, czyli „Myszy i ludzie”. Sam tytuł przewijał mi się gdzieś wcześniej jednak do lektury (trochę wstyd się przyznać) przekonała mnie… objętość książki, gdy zobaczyłem ją na księgarnianej półce. 120 stron. „Tyle szumu wokół stu dwudziestu stron? Niemożliwe” – pomyślałem zgarniając nowiutki egzemplarz. Po dwóch godzinach od powrotu do domu i wspomnianych 120 stronach targały mną tak sprzeczne i silne emocje, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Gdyby ktoś nie wiedział (choć mocno w to wątpię) o czym opowiadają „Myszy i ludzie” zacytuję fragment opisu z okładki: ”George Milton i Lennie Small to niezwykły tandem przyjaciół. George jest silnym mężczyzną, a podążający w ślad za nim Lennie – upośledzonym gigantem o umysłowości małego dziecka. Nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, przyjaciele przemierzają pogrążone w Wielkim Kryzysie Stany w poszukiwaniu zarobku i akceptacji. Ich marzeniem i celem, do którego dążą, jest własna farma, na której mogliby wspólnie hodować króliki. (…) To powieść tak złożona, że wymyka się wszelkim jednoznacznym interpretacjom. Przede wszystkim jest piękną historią wspaniałej przyjaźni i poświęcenia”. No właśnie… „jest piękną historią wspaniałej przyjaźni”. Dobre sobie! Nie będę w tym momencie zdradzał zakończenia powieści, gdyż za kilka chwil omówimy z Dominiką związane z nim kontrowersje; póki co zdradzę jedynie, że po dziś dzień zaliczam ostatnie strony „Myszy i ludzi” do czołówki najbardziej zapadających w pamięć literackich finałów. Całość czytało się jednym tchem, opisy przyrody oraz otoczenia sprawiały, że dosłownie przenosiłem się w wykreowany przez pisarza świat, czułem jakbym tam był, a w roli przysłowiowej wisienki na torcie – rozkładające na łopatki zakończenie. Trudno o lepszą zachętę do sięgnięcia po kolejne dzieła nowo poznanego pisarza. Przy okazji warto również skomplementować genialną i niezwykle wierną ekranizację powieści z 1992 roku, w której istny popis aktorskich umiejętności dał wcielający się w rolę Lenniego John Malkovich.

Ona: Z ciekawości zerknęłam na portal Lubimyczytać.pl, by sprawdzić kiedy i w jakich okolicznościach w moich dłoniach wylądowała po raz pierwszy książka autora. Był rok 2014, początek lipca, a ja nie wiedziałam jeszcze, że nastała dla mnie nowa czytelnicza era. Lawirowałam pomiędzy książkami Zafóna, Becketta i Link, a tu nagle taka petarda. Tak jak i w Twoim przypadku, tak i u mnie wybór padł oczywiście na “Myszy i ludzi”. Opowiadanie to wbiło mnie w przysłowiowy fotel. Byłam zachwycona kreacją postaci. Pomimo niewielkiej objętości Steinbeckowi udało się stworzyć wyrazistych bohaterów. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie spotkałam się z tak pełnokrwistymi męskimi postaciami. To, oprócz genialnego tła społeczno-obyczajowego oraz sugestywnych, namacalnych opisów natury, jest zdecydowanie tym, czym kupił mnie pisarz. Obojętnie nie mogłam przejść również wobec kontrowersyjnego i we wszech miar zapadającego w pamięć zakończenia. Ono spowodowało, że niemalże zachłystując się tym, co stworzył Steinbeck, z wielkim zapałem zaczęłam odkrywać jego twórczość.

On: No proszę, oboje zaczęliśmy od tej samej, stosunkowo króciutkiej powieści, co po kilku latach owocuje niniejszym tekstem, stawiającym poniekąd jej autorowi swego rodzaju pomnik. Aż prosi się napisać: To myszy ludziom zgotowały ten los!

BOHATEROWIE STEINBECKA…

Ona: Jak już wspominałam wyżej, twórczość Steinbecka cenię między innymi za jego bezkonkurencyjność w kreacji bohaterów. Do tej pory nie potrafię otrząsnąć się po omówionej powyżej lekturze “Myszy i ludzi”. Ale to nie George Milton i nie Lennie Small wywarli na mnie największe wrażenie. Szczególne piętno w mojej pamięci odcisnęły postaci z “Na wschód od Edenu”. To monumentalna saga, która rozpoczyna się bezceremonialnie – brutalną walką na pięści braci Trasków: Adama i Karola. Już w tym momencie uderzyło mnie bezsprzeczne podobieństwo bohaterów do biblijnego Kaina i Abla. Ale to nie sam starotestamentowy kontekst zaciekawił mnie najbardziej. Opis owej bójki był tak ekspresyjny, a zachowania bohaterów tak wiarygodne, że scena niemal zaparła mi dech w piersiach. Czułam się nie czytelnikiem, a naocznym świadkiem wymiany brutalnych ciosów wyżej wspomnianych braci. To bezpardonowe w wyrazie preludium powieści utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam w ręku prawdziwe i bezdyskusyjne dzieło literackie. Jakby tego było mało, w miarę lektury i wraz z pojawianiem się kolejnych bohaterów (w tym kolejnej, osadzonej w biblijnym kontekście pary braci: Kaleba i Arona) to przekonanie to wyłącznie rosło. I wbrew temu co piszę, to nie kreacje męskich postaci urzekły mnie w tym przypadku najbardziej. “Wierzę, iż są na świecie potwory zrodzone z ludzkich istot”, to pierwsze zdanie określające postać, którą pragnę w tym momencie wymienić. Cathy Ames, to matka Kaleba i Arona. To osoba która rozpala zmysły mężczyzn, ale i potrafi dać upust swemu niezadowoleniu w iście diaboliczny sposób. To kobieta demoniczna, kobieta szatan. To ucieleśnienie piękna i uosobienie zła. Jej kreacja jest tak naturalna i prawdziwa jednocześnie, że do tej pory (a książkę czytałam niespełna trzy lata temu), na jej wspomnienie mam ciarki na plecach.

On: Moimi pierwszymi bohaterami (ponieważ nie da się ich rozdzielić) są oczywiście wspominaniu tutaj dziś George oraz Lennie z „Myszy i ludzi”; bohaterowie ze wszech miar tragiczni. Jak napisałem w poprzednim punkcie – nie do końca czułem w trakcie lektury tę „niesamowitą przyjaźń” oraz chemię między obydwoma panami, co nie zmienia faktu, że udało się ich Steinbeckowi świetnie skroić. Lenniego rzecz jasna łatwiej było polubić, bo któż z nas nie kibicuje słabszemu, nawet jeśli „słabszy” jest olbrzymem. George nie specjalnie wzbudzał moją sympatię choć aż do samego finału szanowałem go za opiekę nad upośledzonym kompanem. Summa summarum Steinbeck pokazał geniusz; geniusz, który przy „użyciu” zaledwie dwóch bohaterów sprawił, że sama książka uznawana jest dziś za kultową. Zagrał na prostych emocjach, ale za to jak zagrał!

Ona: To prawda, amerykański powieściopisarz jest w tym absolutnie fantastyczny. W jego twórczości jest coś, co bardzo mocno do mnie przemawia, coś co cenię i kocham jednocześnie. To niesłychana naturalność, z jaką kreśli swoich bohaterów. Steinbeck niewielkim nakładem stylistycznych sił, bez górnolotnych i wyrafinowanych zabiegów tworzy kompleksowe, pełnokrwiste sylwetki swoich bohaterów. Idealnym tego przykładem są chociażby bohaterowie “Gron gniewu”. Tom, który zabił człowieka zostaje warunkowo wypuszczony z więzienia. Wraca więc do swojego rodzinnego domu, w którym nie zastaje ani rodziców, ani rodzeństwa. Zasięgnąwszy informacji u starego sąsiada dowiaduje się o planach swej rodziny, tj. o ich wyjeździe z rodzinnej Oklahomy i emigracji za chlebem do słonecznej, ociekającej dobrobytem Kalifornii. Udaje mu się ich dogonić i dołączyć do podróżnej trupy. W tym momencie rozpoczyna się prawdziwa opowieść o pułapkach kapitalizmu, o wyzysku ludzi, o nie przesadzaniu starych drzew oraz o sile jaka może drzemać w niepozornej biednej rodzinie. A siła ta bierze się z postaci Matki. Steinbeck nie pokusił się w tym przypadku nawet o nadanie jej imienia. Tutaj jest to zupełnie nieistotne, to dowód na to, że mniej znaczy więcej. Matka u Steinbecka to osoba scalająca ze sobą zagubionych, niezdecydowanych, rozgniewanych członków rodziny. To kobieta niepozorna a zarazem ogromnie silna, zmuszająca członków rodziny do podejmowania wyzwań oraz walki o wspólne przetrwanie. Jednym słowem, to symbol jedności i siły, archetyp miłości. A wszystko to jest tak plastyczne i obrazowe, że aż zapiera dech w piersiach. Jeśli miałabym wybierać książkę, w której wybory bohaterów sprawiały mi autentyczny ból, to byłyby to właśnie “Grona gniewu”.

On: „Plastyczność” i obrazowość, o której wspominasz Dominiko mnie szczególnie mocno ujęły podczas lektury wspomnianego już wcześniej „Zagubionego autobusu”. Przy okazji pierwszej kategorii niniejszego tekstu zarysowałem już z grubsza fabułę książki, jednak dla przypomnienia (a wiele tego nie będzie): grupka ludzi spotyka się w przydrożnym barze, połączonym z czymś na wzór przystanku PKS, po czym jadą razem autobusem. The End. Brzmi jak kawał ekscytującego czytadła, prawda? Jednak żarty na bok, bowiem czego jak czego, ale emocji w tej powieści nie brakuje. Wszystko za sprawą niesamowicie nakreślonych postaci, ze wskazaniem na ich rysy psychologiczne. Kogo poznajemy w jednej z najbardziej niedocenianych książek Steinbecka? Juana – opanowanego, przystojnego właściciela baru oraz kierowcę autobusu, Alice – porywczą małżonkę Juana; kelnerkę marzącą o karierze w Hollywood u boku Clarka Gable; zakochanego w kelnerce pryszczatego (pseudonim: Pryszcz), zaradnego nastolatka. Na dokładkę autor serwuje nam jeszcze trzyosobową rodzinkę, w której nikt nie jest tym za kogo pierwotnie go uważamy; obwoźnego sprzedawcę wszystkiego z niewyparzonym językiem oraz nieśmiałą piękność, od której żaden mężczyzna nie potrafi oderwać wzroku. Wszyscy oni tworzą iście wybuchową mieszankę, ponieważ kiedy na przestrzeni doby (tyle trwa akcja „Zagubionego autobusu”) poznamy sekrety kolejnych pasażerów tytułowego Autobusu, oczy mogą nam wyjść z orbit. Niby zwykła zbieranina przypadkowych osób, a jednak każdy wyrazisty, każdy JAKIŚ, każdy dokłada swoją cegiełkę do niesamowitego obrazu jaki piórem namalował John Steinbeck. Niesamowite jest to jak wielką siłę rażenia ma książka, której skrócona fabuła naprawdę wygląda tak: spotkali się i pojechali autobusem.

Ona: Zaskoczyć się? “Zagubiony autobus” ma tę przewagę, że ma swoich wielobarwnych pasażerów. Zupełnie odwrotnie sytuacja rysuje się w “Zimie naszej goryczy”, której bohaterem jest Ethan Hawley. Mieszka w małym miasteczku, gdzie sprawuje profesję subiekta sklepu. W głębi duszy cierpi z tego powodu, myślami powraca do zamierzchłych czasów, kiedy to jego nazwisko kojarzone było z fortuną i dobrą passą. Gorycz podsyca jego żona Mary, która z tęsknotą w głosie wspomina przeszłość, a z nutą rozżalenia snuje plany na przyszłość oraz dzieci, które próbują podreperować domowy budżet biorąc udział w konkursie literackim organizowanym przez producenta płatków śniadaniowych. I to w sumie tyle i aż tyle. Ethan większość czasu spędza w sklepie i snuje rozważania. Jakie jest ich przesłanie? Najprościej będzie gdy zacytuję: “Niepowodzenie jest stanem umysłu”. To stwierdzenie jest cholernie prawdziwe. Takie jak cała twórczość Noblisty. Autentyczna, gorzka, skłaniająca do refleksji.

AKT ŁASKI CZY ZDRADZONA PRZYJAŹŃ? (KONTROWERSYJNE ZAKOŃCZENIE “MYSZY I LUDZI”)

Ostrzegamy, że w tym punkcie tekstu znajduje się OGROMNY SPOILER dotyczący zakończenia “Myszy i ludzi”. Jeśli nie przeczytaliście jeszcze powieści – czytacie na własną odpowiedzialność.

On: Bez owijania w bawełnę, kontrowersyjny finał „Myszy i ludzi” prezentuje się tak: Lennie – gigant o gołębim sercu i krótkim rozumie siedzi w stodole, gdy nagle – ni stąd ni zowąd – pojawia się w niej małżonka syna właściciela rancza – Curleya, który ze względu na niski wzrost nie cierpi typów pokroju Lenniego. Kobieta opowiada o niezniszczonych planach aktorskiej kariery, zauważając jednocześnie dziwną słabość naszego bohatera do głaskania małych zwierzątek; proponuje więc, by Lennie pogłaskał jej włosy. Nie zdający sobie sprawy z siły własnych dłoni wielkolud, przypadkowo łamie kobiecie kark. Następnie dwaj główni bohaterowie (podobno przyjaciele) uciekają przed ścigającymi ich, żądnymi wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę ludźmi Curleya. Gdy pościg praktycznie dogania Lenniego i George’a, ten drugi będąc pewnym śmierci przyjaciela z rąk oszalałego tłumu sam postanawia zakończyć życie wielkoluda pakując mu kulkę w łeb.

Akt łaski czy zdradzona przyjaźń? Osobiście jako jedyną słuszną odpowiedź uważam opcję numer dwa, dlatego jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy po skończonej lekturze odbyłem ze znajomymi dyskusję, która zaczęła się następująco:

Ja: Bardzo mocne zakończenie.
Znajomi: To prawda, w pewnym sensie naprawdę piękne.
Ja: Jakie???

Doprawdy nie mogłem uwierzyć w to co słyszę! Okazuje się jednak, że wiele osób naprawdę uważa, że zachowanie George’a było na swój sposób bohaterskie, uważają, że oszczędził przyjacielowi bólu! Nie wiem, być może się nie znam, wychodzę jednak z założenia, że nie wypada strzelać do przyjaciela choćby nie wiem jak trudna była sytuacja; uważam, że lepiej zginąć razem z nim. A co Ty o tym sądzisz Dominiko?

Ona: Czy zdradzę naszą znajomość pisząc, że skłaniam się ku zdaniu Twoich znajomych i też uważam, że zakończenie choć sporne, jest na swój sposób godne podziwu? Tak, tak – oczyma wyobraźni widzę Twój piorunujący wzrok. Już spieszę wyjaśniać co mam na myśli. Lennie to umysł dziecka w skórze olbrzyma. Umysł, który nie rozumie nie tylko zła, jakie wyrządził, ale przede wszystkim zła, jakie może zostać wyrządzone jemu. A sprawiedliwość, jaką zapragnęli wytoczyć mu ludzie Curleya, to zło w czystej postaci. To byłby brutalny lincz, samosąd pełen wyrafinowanych tortur. Tak, zdecydowanie uważa, że postawa George’a była odważna i na swój sposób bohaterska. Oszczędził cierpień przyjacielowi, sam jednocześnie skazał się na dozgonne wyrzuty sumienia.

On: Oj Dominiko, od razu „zdradzę naszą znajomość”, daj spokój, co najwyżej wystawisz na ciężką próbę. A tak całkiem poważnie to z jednej strony takie zakończenie powoduje, że książka jest genialna. Gdyby obaj uciekli całość wydałaby się miałka; gdyby obaj zginęli byłoby ciut „lepiej”, choć wciąż daleko do emocji jakie wyzwala w czytelniku wybór Steinbecka. I mogę nawet w pewnym stopniu przyjąć wyjaśnienie, że Lennie był mało rozgarnięty i George zrobił to dla jego dobra, jednak trochę chyba inną mam definicję przyjaźni. Zapytam więc może z innej perspektywy – postąpiłabyś jak George?

Ona: Stawiasz mnie pod ścianą. Owszem, myślałam o tej sytuacji pod tym kątem. Choć wyobrażałam sobie, że Lennie to moje dziecko, a siebie stawiałam w roli matki, która chcąc uchronić je przed cierpieniem. Nie ukrywam, że raczej okryła \bym je własnym ciałem i zginęła sama, aniżeli zabiła je własnymi rękoma. Zostałoby jednak wtedy zdane na same siebie. Patrząc pod tym kątem, lepiej byłoby pójść śladem George’a. Wtedy zaś zjadłyby mnie wyrzuty sumienia, bo cały czas miałabym nadzieję, że jednak udałoby mu się jakimś cudem wyjść z opresji i żyć w szczęściu, którego go pozbawiłam swoją nadgorliwością. To dopiero jest iście szekspirowski dylemat!

On: Tego nawet Szekspir by nie wymyślił! Wymyślił to Steinbeck.

NASTĘPNY STEINBECK….

Ona: Kiedy patrzę na dokonania twórcze Johna Steinbecka, ogarnia mnie smutek. Lista książek, które pozostają mi do przeczytania kurczowo maleje, celowo więc odwlekam ich lekturę, usilnie pragnąć, by starczyło ich jak najdłużej. W pierwszej kolejności jednak chciałabym sięgnąć po “Ulicę Nadbrzeżną / Cudowny czwartek”. Do jej lektury niezmiennie zachęca mnie opis fabuły, której to epicentrum stanowi tytułowa Ulica Nadbrzeżna, miejsce spotkań “dziwek, alfonsów i szulerów”, w którym to, cytując za opisem Wydawcy: “ludzie i historie, które skrywa ulica, emanują miłością, ciepłem, zrozumieniem i przywracają wiarę w proste wartości.” Właśnie fakt, iż autor porusza tutaj kwestie niewyszukanych i przyziemnych spraw intryguje mnie najbardziej. Nie ma nic wspanialszego w lekturze, jak odnajdywanie w niej codzienności.

On: Ja z kolei bliżej jestem początków przygody ze Steinbeckiem co niezmiernie mnie cieszy. Wystarczy zresztą powiedzieć, że dwa z trzech najbardziej znanych utworów pisarza wciąż przede mną.

Pierwszym który wezmę “na warsztat” będzie „Na wschód od Edenu”. Powody? Są trzy: pierwszy to renoma oraz niezwykle pochlebne opinie na temat książki; drugi to… sam tytuł powieści. Wiem, banalny powód odnośnie wyboru lektury, jednak doprawdy jest coś magicznego w tych czterech słowach i ogólnym ich odbiorze. „Na wschód od Edenu”, brzmi jakoś tajemniczo, pięknie a zarazem mrocznie; muszę to przeczytać! Trzeci powód -najbardziej przyziemny i małostkowy to… planowana kolejna ekranizacja powieści, w której w jedną z głównych ról miałaby się wcielić moja ulubienica – Jennifer Lawrence. Tak, zdaję sobie sprawę jak to brzmi, jednak jest jakiś plus – pragnę przeczytać przed obejrzeniem. Książkę posiadam już nawet w domowej biblioteczce i uśmiecha się do mnie za każdym razem, gdy mijam półki.

Po „Edenie” kolejnym tytułem do sprawdzenia z całą pewnością będą „Grona gniewu”. Dlaczego? Ano dlatego, że według mojej wspólniczki w niniejszym tekście, jest to najlepsze co wyszło spod ręki Johna Steinbecka. Czy możecie sobie wyobrazić lepszą rekomendację, drogie „Grona gniewu”? Nie sądzę.

Ona: Schlebiasz mi Przemku, ale masz rację. “Grona gniewu” są mi niebywale bliskie. Z autopsji znam udrękę migracji za pieniędzmi, znam więc ból rodziny Joadów. A emocje przedstawione przez Noblistę są nieprawdopodobnie wiarygodne. Bolą.

On: Właśnie wyrównałaś szanse “Na wschód od Edenu” i “Gron gniewu” 🙂

Ona: A myślisz, że o co mi chodziło? 😉

Tekst powstał we współpracy z:

przemek

Przemek Kowalski: Dumny z bycia torunianinem, kochający rodzinne miasto ze wszech miar. Po ośmiu latach męczarni w szkołach ekonomicznych zrozumiał, że to nie liczenie, a książki są jego pasją. Pasją, dzięki której poznaje tysiące nowych światów i lepiej rozumie ten, w którym żyje. Redaktor portalu Głos Kultury oraz autor bloga www.pisanepopijaku.pl.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

0 komentarzy
0 Polubień
Poprzedni wpis: Urodziny w wersji ekstra – Internetowy magazyn literacki Bookiecik Extra (Numer 1 / Wiosna 2017)Następny wpis: Ptaszyno moja – „Camille, moja ptaszyna”, Sophie Daull

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« Cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane