Port rozczarowań – „Kroniki portowe”, Annie Proulx

Uhonorowane w 1994 roku Nagrodą Pulitzera oraz National Book Award Kroniki portowe, obok opowiadania Tajemnicy Brokeback Mountain, należą do bardziej rozpoznawalnych tytułów autorstwa Annie Proulx. Nieskomplikowana historia, u źródeł której leży osobista tragedia nie radzącego sobie z prozą życia człowieka stała się, także za sprawą ekranizacji z roku 2001, pozycją niemal kultową. Trudno więc, mierząc się z tym tytułem po raz pierwszy, nie robić tego ze sporą dozą oczekiwań. Jak to w takich przypadkach bywa, łatwo o rozczarowanie…

Quoyle jest życiowym nieudacznikiem. Tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie, w którym żona co chwila przyprawia mu rogi. Praca zawodowa nie przynosi mu satysfakcji. Mężczyzna jest apatyczny, czuje się niedowartościowany, a w konsekwencji, bierny na jakiekolwiek zmiany. Już w nie nie wierzy. Jego życie to wegetacja w pełni słowa tego znaczeniu. Kiedy wydaje się, że nic nie jest w stanie go już zaskoczyć traci rodziców, a w wypadku samochodowym ginie Petal, jego żona. Jego ustabilizowane, choć nieciekawe życie załamuje się. W poszukiwaniu nowego początku Quoyle wraz z osieroconymi córkami przenosi się do mieszkającej u wybrzeży Nowej Fundlandii ciotki. Czy mroźna wysepka przyjmie rozbitka z otwartymi ramionami, a on sam odnajdzie zatracony przez lata sens egzystencji?

Fabuła powieści, co dokumentuje powyższy jej zarys, nie należy do przesadnie skomplikowanych. To przeciętna w swojej formie historia człowieka znajdującego się na egzystencjalnym rozdrożu. Upokarzany, niespełniony, zakompleksiony, a w tym wszystkim po prostu nudny, staje się poniekąd symbolem znacznej części społeczeństwa, które nie potrafi docenić codziennej prozy życia i szczęścia płynącego z pozornie monotonnych i fizycznie wymagających czynności dnia codziennego. Ciągła pogoń za szczęściem bez wcześniejszej próby jego zdefiniowania, a także nauka w odnajdywaniu go po traumatycznych przeżyciach – Proulx subtelnie akcentuje problem i to właśnie on stanowi najmocniejszy punkt Kronik portowych.

Osadzona w surowych okolicznościach zapomnianej północnoamerykańskiej wysepki powieść, oczarować może fanów twórczości chociażby Michaela Crummey’a, który za sprawą książki pt. Dostatek stał się swoistą ikoną i niezaprzeczalnym symbolem powieści rodem z Nowej Fundlandii. O ile typowo marynistyczny, surowy i mroźny klimat jest u obu pisarzy odczuwalny i poniekąd porównywalny, o tyle samo wykonanie stanowi już spory rozdźwięk.

Narracja Proulx jest nieprzekonywująca, nijaka i tchnie nudą. Dzieje się tak za sprawą nieciekawego, nużącego i dość przewidywalnego rozwoju akcji oraz odpychającej sylwetce głównego bohatera. Quoyle, zarówno pod wpływem osobistej tragedii, obecności ekscentrycznej ciotki czy pod wpływem nowego otoczenia, nie zmienia się nadto, a już na pewno nie tak, jakby oczekiwał tego czytelnik. Jego przeobrażanie się, jest znikome i aluzyjne. Rozczarowujące.

Ten sprawiający zawód aspekt powieści spotęgowany został dość topornym stylem pisania. Oszczędne i szorstkie pióro stanowić może (i zazwyczaj stanowi) atut powieści. W przypadku Kronik portowych jest zgoła odwrotnie. Sposób pisania Annie Proulx jest bezbarwny. Nie wywołuje większych emocji, ni negatywnych, ni pozytywnych. Losy bohaterów są czytelnikowi obojętne, nie zachęcają do kibicowania ich poczynaniom. Otoczenie i kreowany klimat są mało angażujące, a opisy żeglarskich poczynań po prostu męczące. W sposób pisania Amerykanki trzeba się wgryźć, ciężko się jednak weń wczuć i dać się mu porwać.

Kroniki portowe to poprawna powieść obyczajowa, której zabrakło przysłowiowego pazura, takiego, który przykułby uwagę odbiorcy i rozbuchał jego emocjonalnego ducha. To historia, którą się po prostu czyta, czyta bez większego zachwytu czy poruszenia. Dobrze rokujący tytuł, który finalnie po prostu rozczarowuje.

Tytuł: Kroniki portowe
Autor: Annie Proulx
Wydawnictwo: Poznańskie
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 421
Tłumaczenie: Jędrzej Polak

Jednym zdaniem

Historia człowieka na życiowym rozdrożu. Powieść emocjonalnie nieangażująca i bezbarwna.

— Dominika Rygiel
2 komentarzy
1 Polubienie
Poprzedni wpis: Między Wenus a Marsem, Misja #6: „Futu.re”, Dmitrij GłuchowskiNastępny wpis: Echa nieszczęścia – „Historia przemocy”, Édouard Louis

Zobacz także

Komentarze

  • Krzysztof Wolf

    8 sierpnia 2018 at 11:23
    Odpowiedz

    Powieści obyczajowe to nie moje poletko, a po tej recenzji czuję, że ta książka bardzo nie podeszłaby pod moje gusta.

  • Viola/My British Journey

    31 lipca 2018 at 20:40
    Odpowiedz

    Czasem lubię sięgnąć po książki marinistyczne a zwłaszcza latem taki klimat bardziej mi odpowiada. Ta książka gdzieś tam była w spisie tych co chce przeczytać […] Czytaj więcejCzasem lubię sięgnąć po książki marinistyczne a zwłaszcza latem taki klimat bardziej mi odpowiada. Ta książka gdzieś tam była w spisie tych co chce przeczytać i po Twojej recenzji od razu ja skreslilam. Nie będę się męczyć,ot co. Wyświetl mniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Grudzień 2018
P W Ś C P S N
« Lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane