Przestylizowana intryga – „Cień eunucha”, Jaume Cabré

Trzecia kawa. Júlia już miała dość. Dziś nie zaśnie. Ale z kolei Miquel nie zaśnie dzisiaj bez kawy, bo oto w ciągu paru godzin oskalpował całe swoje życie. s. 452-453

Czasem zdarza się tak, że z niewinnego obiadu w restauracji robią się godziny. Pod wpływem chwili lub miejsca, osoby towarzyszącej czy zapachu dania, zaczynamy mówić, wspominać, żałować, uzewnętrzniać się. Z godzin robią się dnie, z dni tygodnie. Z tygodni całe miesiące i lata naszego życia, chwile, które decydujemy się ofiarować osobie siedzącej naprzeciwko. Cień eunucha, powieść Jaume Cabré’go z 1996 roku, właśnie tym jest – spowiedzią przy niewinnie zapowiadającym się spotkaniu. Czy wyznania głównego bohatera – Miquela, są wyrafinowanym, niczym najbardziej wykwintne danie, monologiem? Czy raczej autor zaserwował nam dzieło oklepane i nudne niczym flaki z olejem?

Zanim odpowiem na pytanie, muszę się do czegoś przyznać. Mam słabość do tego hiszpańskiego autora. Gdy po raz pierwszy sięgałam po jego książkę (Wyznaję), byłam zdruzgotana wielkością dzieła. Kiedy jednak zaczęłam zgłębiać zaproponowane przez autora wyznania, rozpłynęłam się. Nie chciałam, by pozycja ta kiedykolwiek się skończyła. Niestety wszystko co dobre…, wiadomo. Na szczęście Wydawnictwo Marginesy wydało Głosy Panamo, które porwały mnie równie mocno jak poprzedniczka. Jaśnie Pan mnie (w pozytywnym słowa tego znaczeniu) rozśmieszył, choć już tak bardzo swoją konwencją nie oczarował. Kiedy więc dowiedziałam się, że nasz rodzimy rynek książek wzbogaci się o kolejny tytuł Cabré’go, poczułam ogrom szczęścia a samą książkę zakupiłam już w dniu premiery, czyli w połowie maja br. Dlaczego więc, przeczytanie Cienia eunucha zajęło mi aż trzy miesiące?!

Początkowo łudziłam się, że będę się nią delektować i „oszczędzać” czytany tekst, tylko po to, by starczyło go na dłużej. I owszem. Starczyło na długo choć stało się zupełnie inaczej, aniżeli planowałam. Tę imponującą sagę rodziny Gensanów zgłębiałam nad wyraz topornie, a gargantuiczna i wcale nieoczywista jej historia zamiast mnie porwać, w znaczącej mierze znużyła.

Dziwne, tym bardziej, że początek zapowiadał się fenomenalnie. To, do czego przyzwyczaił mnie autor, czyli sprawne lawirowanie narracją, pojawiło się już na pierwszych stronach. Zabieg ten przewijał się konsekwentnie do samego końca. Nie zabrakło też specyficznego dla Hiszpana poczucia humoru, co obrazowo oddaje poniższy cytat:

– Kochałem się w pewnej dziewczynie… Nie: jestem zakochany w pewnej dziewczynie…
– Fantastycznie! – odpowiedzieli obaj jednocześnie.
– No nie… trudno to wyjaśnić.
– No stary – zachęcałem go. – Wszyscy kiedyś byliśmy zakochani. – Skłamałem: – To wspaniałe uczucie.
– Ale dla mnie to prawdziwa udręka, pomyśl, jeszcze parę dni temu chodziłem w sutannie i… Cholera, prawie jestem księdzem, co się będziemy oszukiwać!
– Ale staje ci, jak każdemu. (s. 220)

ani soczystego języka:

– A ty jak się czujesz?
– Chujowo. Poza tym w porządku.
– Ja też.
– Też w porządku?
– Też chujowo.” (s. 97)

Biorąc pod uwagę powyższe, można by wywnioskować, iż proza Cabré’go do wyrafinowanych nie należy. Nic bardziej mylnego. Cień eunucha przeładowany jest zarówno formą jak i treścią, na które to składają się liczne odniesienia do muzyki (cała jego konstrukcja oparta jest na strukturze Koncertu skrzypcowego Albana Berga), wysublimowana stylistyką (może nie aż tak wysokich lotów jak w dziełach Wyznaję czy Głosach Panamo, ale zdecydowanie wyróżniającą się), zawiłością i niedopowiedzeniami fabuły, licznymi dygresjami i zmianami narratora.

I to głównie właśnie ta zbyt często retardowana akcja, powodowała, że zamiast przyjemności czytania, odczuwałam pewien dyskomfort. O tyle większy, że lektura cały czas na myśl przywoływała mi inną, ważną dla mnie (i pewnie dla innych czytelników również) książkę. Nie sposób mi jej nie przyrównać do Stu lat samotności Gabriela Garcii Márqueza. Co tu dużo ukrywać, fabularne zawiłości dotyczące rodzinnych koligacji, wraz z drzewami genealogicznymi, jakie zostały stworzone na łamach powieści Hiszpana, mimowolnie na myśl przywodziły mi arcydzieło stworzone piórem Kolumbijczyka. Wprawdzie powieści te są na swój sposób zupełnie odmienne, dotykają podobnego problemu.

SAMOTNOŚĆ I NIESPEŁNIENIE

Przesłanie utworu jest mi szczególnie bliskie. Lubię takie dekadenckie, pełne melancholii opowieści. Tutaj tego rodzaju klimatu nie brakuje. Jest to zdecydowanie powieść pełna goryczy, uczucia mającego swoje źródło w niespełnionych miłościach, popełnianych błędach. I za to cenię ten tytuł. Autor nie poskąpił jednak swoim bohaterom życiowej nieudolności. I to chyba właśnie ta nieporadność była jednym z głównym powodów, dla których powieść mi po prostu ciążyła. A jeśli dodać do tego natłok wątków o zabarwieniu politycznym, dało to niespodziewaną mieszankę, taką, która mnie nie przekonuje. A na pewno nie porywa. Zabrakło tutaj „wyważenia” poszczególnych elementów, co za tym idzie, pozycję odebrałam jako nudnawą.

Cóż, między mną a Cabré’m tym razem nie zaiskrzyło. Patrząc obiektywnie, książka zawiera sporo elementów, którymi można się zachwycić (i pewnie większość odbiorców tak zrobi!). Katalończyka bez wątpienia cechuje lekkość pióra (choć jego odbiór wymaga atencji i skupienia ze strony czytającego) oraz talent do kreowania nietuzinkowych utworów, takich, których cechuje nie tylko literackie piękno, ale również, jak w tym przypadku, artyzm zaczerpnięty z muzyki klasycznej. Szkoda, że pisarz nie zadbał o przyjazne czytelnikowi tempo utworu. Gdyby odrobinę przyspieszyć jego metrum jednocześnie wyzbywając się odrobiny przegadania, Cień eunucha byłby zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze.

Konkluzja? Nie radzę zaczynania przygody z autorem tym właśnie tytułem. Jest to zdecydowanie książka dla tych, którzy już zasmakowali w stylu autora i potrafią przymknąć oko na konstrukcyjne niedociągnięcia.

Jednym zdaniem

Książka dla koneserów i zagorzałych fanów Hiszpana. Zachwyca kunsztownym wykonaniem lecz nuży zawiłością fabuły.

— Dominika Rygiel
4 komentarzy
0 Polubień
Poprzedni wpis: Miłe dla ducha językowe sprzężenie – „Symfonia w bieli”, Adriana LisboaNastępny wpis: Ostatnie słowo Wallandera – „Ręka”, Henning Mankell

Zobacz także

Komentarze

  • Sylwia

    20 marca 2017 at 22:35
    Odpowiedz

    Jak sie ciesze, ze trafilam na Twoj blog! Piekna strona, super recenzje i do tego tematyka, ktora uwielbiam. Przynam sie, ze jeszcze nic tego autora […] Czytaj więcejJak sie ciesze, ze trafilam na Twoj blog! Piekna strona, super recenzje i do tego tematyka, ktora uwielbiam. Przynam sie, ze jeszcze nic tego autora nie czytalam. Teraz bedzie to pierwszy zakup po przylocie do Polski. Pozdrawiam serdecznie! Wyświetl mniej

  • Artur

    19 stycznia 2017 at 09:57
    Odpowiedz

    Uwielbiam książki tego Katalończyka! Przeczytałem wszystkie, oprócz tej, o której piszesz. Za najlepszą uważam "Wyznaję". Ciekaw jestem jak odbiorę "Cień eunucha". Szkoda, że książki u […] Czytaj więcejUwielbiam książki tego Katalończyka! Przeczytałem wszystkie, oprócz tej, o której piszesz. Za najlepszą uważam "Wyznaję". Ciekaw jestem jak odbiorę "Cień eunucha". Szkoda, że książki u nas ne ukazują się w porządku chronologicznym powstawania, wtedy być może nie byłoby rozczarowań... Wyświetl mniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« Sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane