Rozmowa przy kawie #11: Jola Czemiel – „Pisarz to złodziej. Kradnie zachowanie, wygląd, emocje. ”

Pisanie tkwiło w niej od zawsze. To, jak wszechstronne są jej literackie horyzonty świadczy różnorodność książek, jakie do tej pory wydała. W jej dorobku znajdziemy zarówno thriller jak i powieść sensacyjno-przygodową, są opowiadania i najnowsza – Tawerna w małym porcie, –  powieść, która właśnie wyszła nakładem Wydawnictwa Seqoja, a która idealnie wpisuje się w nurt literatury pięknej. To właśnie ta książka stanowi przyczynek do niniejszej rozmowy. Co o swoim najmłodszym dziecku myśli Jola Czemiel oraz skąd czerpie inspiracje, w poniższej rozmowie.

Dominika Rygiel: Marzeniem Joann Gotti, narratorki Tawerny w małym porcie jest napisanie powieści. Odcina się od znajomych i ucieka nad morze. To swoista ucieczka w samotność w celu znalezienia weny oraz przestrzeni do napisania powieści. Czy taka samoizolacja pomogła jej w pisaniu? Miałam wrażenie, że nie do końca, że bohaterka jednak łaknie bodźców, potrzebuje ludzi wokoło. Jak to z nią jest?  I jak w tym przypadku jest z Jolą Czemiel – pisarką?

Jola Czemiel: Z tym pisaniem nigdy nie jest łatwo. Niby potrzebujemy ciszy czy (jak to nazwałaś) samoizolacji, a jednak zupełne odcięcie od świata pozbawia nas stymulatorów, które zmotywują do działania. Bohaterka naprawdę łaknie spokoju, ale ciekawość świata nie pozwala jej usiedzieć na miejscu. Postępuję podobnie. Zamykam się przed ludźmi, a chwilę później już za nimi tęsknię. Spróbujmy to jakoś zobrazować. Dzień – aktywność, noc – odpoczynek. Jeśli coś przeważy szalę, możemy wpaść w kłopoty. Jeszcze yin i yang, dwie pierwotne, przeciwstawne sobie siły, które się uzupełniają tworząc porządek wszechświata. Kosmiczny Dualizm.

Taka usilna próba utrzymania równowagi w chwili, gdy wszystko zdaje się być nie takie, jakie powinno? 

Bez tego człowiek traci stabilność, może chwycić się brzytwy, a wtedy wiadomo – porani dłonie. Każdy z nas szuka „sposobu” na stabilizację. Nie zawsze się udaje.

Przyznaję, że prócz nietuzinkowego klimatu Tawerny w małym porcie, szczególnie podobała mi się konstrukcja książki. Mamy tu do czynienia z powieścią szkatułkową, z powieścią w powieści, gdzie dwa światy płynnie się przenikają, zazębiają, a jednak tworzą dwie odrębne płaszczyzny narracyjne. Zawsze zastanawia mnie zaplecze pisarskie i planowanie tego rodzaju powieści. Czy zabieg, o którym mówimy był celowy, czy narodził się w trakcie prac nad powieścią? A może inspirowała się Pani jakimś konkretnym tytułem?

Cieszę się, że trafiłam w Twoje upodobania. Nie każdy może się zmierzyć z taką powieścią. Wymaga skupienia, albo nawet zanurzenia w treści, połączenia z fabułą i bohaterami. Lubię wyzwania. Przenikanie światów, które pozornie trwają w innych narracjach, miejscach i czasie wyzwala moją wyobraźnię. Nigdy nie planuję powieści. Po zapisaniu pierwszego zdania, czasem ołówkiem na skrawku papieru, bohaterowie dochodzą do głosu, a historia się snuje, oplata mnie jak pajęczyna i trzyma do końca. Do ostatniej kropki. Co do inspiracji – spotkałam takie powieści, ale nigdy nie zastanawiam się nad stroną techniczną, daję się uwieść samej opowieści. Cenię w tej materii Salmana Rushdie.

O! To niezmiernie zaskakujące! Przekonana byłam, że w tego typu narracjach musi być szkic i plan. W takim razie zastanawia mnie inny aspekt. Jak to możliwe, że bohaterowie nie poginęli w gąszczu wątków i wszystko tak pięknie się ze sobą splata?

Jeśli widzimy całą historię od początku do końca, to jest tak, jakbyśmy ja przeżyli. Wystarczy nie pomylić faktów, nie zaplątać wątków. Wszystko jest w mojej głowie i kiedy zaczynam pisać, opowieść snuje się po niej jak film. Zaletą struktury jest to, że wiesz, co robisz i wiesz, dokąd zmierzasz. Poznałam różne metody budowania planu powieści, ale żaden mi nie pasuje. Kiedy potrzebuję inspiracji sięgam do zapisków z moich notesów albo robię solidny research. Szukam własnej drogi i własnego stylu. Czuję, że jestem blisko.

czemiel8Jeśli rozmawiamy o tym ujmującym zabiegu powieści w powieści, to wyłapałam coś, co mnie dość mocno uderzyło. Otóż przed każdym przejściem z pierwszej płaszczyzny narracyjnej, w której to mamy bohaterkę borykającą się z samotnością i planem napisania powieści, a drugą, w której to już widzimy jej rodzącą się powieść, następuje taki trochę bolesny „zwrot akcji”. Otóż przed prawie każdym wejściem w powieść pisaną przez bohaterkę skonfrontowani zostajemy z jakimś trudnym wyznaniem z jej życia, z jakimś bolesnym wspomnieniem z dzieciństwa, które kładło się cieniem na jej życie. Teoretycznie. Praktycznie bowiem, przynajmniej w moim odczuciu, wyznania te są takim pomostem pomiędzy rzeczywistością a fikcją, pozwalają bohaterce uwolnić wenę, odblokować potencjał twórczy, jaki w niej drzemie. Czy są one niezbędne, by pisać? Czy dla Pani, jako pisarki, trudne doświadczenia życiowe w jakikolwiek sposób ułatwiają pracę nad powieścią?  A może to sposób na przepracowanie traum?

Takie połączenie wydało mi się niezbędne do zrównoważenia przeżyć pisarki, która boryka się z własnymi relacjami (matka i ojciec) i cierpienia Manueli i Alejandra, którzy mierzą się ze swoją traumą w samotności. Jednocześnie zwracam uwagę na metaforę, którą jest strata dziecka, a w przypadku Joann – wejście w dorosłość. Moment, kiedy dorośli zostają sami, niezależnie od tego, czy wychowują dziecko we dwoje, czy w pojedynkę, określa się jako syndrom pustego gniazda. Nie każdy potrafi ten moment przetrwać bez cierpienia. Chyba zaczynam spojlerować, haha. Nie można dyktować czytelnikowi, jak powinien czytać twoją książkę, ponieważ o znaczeniu książki, która pojawi się w świecie, nie decyduje już pisarz. Nawet jeśli autor myślał, że pisarz nadaje książce znaczenie, czytelnik może mieć zupełnie inny pomysł i zwykle robi to z biegiem czasu.

Właśnie! Cierpienie jest w tej historii istotne, syndrom pustego gniazda odgrywa kluczową rolę, a jednak odbiór Tawerny był, przynajmniej dla mnie, doświadczeniem pozytywnym, kojącym i wyciszającym. Nadal nie wiem jak się Pani udało tak zgrabnie, nie grając na tanich emocjach, wyważyć tę historię. Mam wrażenie, że znaczącą rolę odgrywa tutaj otoczenie, z jednej strony mamy pustą plażę z szumem morza, z drugiej tawernę, której gwar równoważy tę, nie tylko nadmorską, nostalgię. To trochę tak, jakby tawerna miała zagłuszyć bóle i troski naszych bohaterów?

Pojawiły się już pierwsze recenzje i zachwyca mnie w nich najbardziej to, że każdy odbiera moją powieść inaczej. Myślę, że wszystko zależy od miejsca, w jakim się znajdujemy na swojej drodze życia i od naszych przeżyć, które być może okazują się tożsame z przeżyciami bohaterów Tawerny. Nie zapominajmy też o tym, że realizm magiczny to forma literatury, która czerpie zarówno z tego, co rzeczywiste, jak i surrealistyczne.

Przyznaję, że ta surrealistyczna otoczka w Tawernie dodaje książce niezwykłości. W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o postaci tajemniczego mężczyzny, który raz za razem pojawia się i trochę niczym kusiciel zajmuje myśli bohaterki, po czym, niczym miraż rozpływa się we mgle, zostawiając naszą pisarkę ze znakami zapytania w głowie i rozbudzonymi nadziejami. No właśnie, nadziejami na co?

Ten mężczyzna też może być metaforą, mirażem, miłością, marzeniem, wspomnieniem… albo całym złem tego świata. Spróbujmy się nim zbytnio nie interesować, choć jak widać od pierwszych stron powieści – on próbuje nas zmusić do skupienia na sobie. Przytoczę fragment prologu:

– „A jeśli już nie napiszę o panu ani słowa? – zaczęła mi się podobać ta rozmowa.

– Nie sądzę, ale taki początek najwyraźniej sugeruje, kto będzie głównym bohaterem, więc nie mam najmniejszego pojęcia, jak pani z tego wybrnie – jego głos nieco posmutniał.”

czemiel2Co widać w przytoczonym fragmencie główna bohaterka Tawerny ma charakterek. Ma też swoje rytuały, które są jej niezbędne do pisania. Jednym z nich jest chociażby obsesyjne ostrzenie ołówków, którymi robi notatki, czy też fotografowanie otoczenia, które pomóc ma jej w odwzorowaniu rzeczywistości. A Jola Czemiel? Czego potrzebuje do pisania?

Ołówków. Ale tylko w drodze. Mam milion notesów, do których wpisuję swoje myśli w zależności od nastroju. Nie ma to nic wspólnego z pamiętnikarstwem. To tylko zapis emocji. Marzę o napisaniu powieści na starej maszynie do pisania, chociaż korzystam z komputera. To niezwykle przyspiesza cały proces, chyba że zapomnę zapisać jakiś fragment, albo skasuję edytor tekstu, co już mi się raz zdarzyło. Lubię mieć pod ręką filiżankę dobrej kawy i szklankę wody. Czasami słucham muzyki, kiedy myślę nad fragmentem, który sprawia mi kłopot. Piszę w ciszy.

Tej ciszy nie potrafi zaś znieść bohaterka Tawerny, poniekąd Pani koleżanka po fachu, podobnie do Pani potrzebująca do pisania ołówków. Ile w niej Joli Czemiel, a ile przypadkowości?

Już kiedyś mówiłam, że pisarz to złodziej. Kradnie zachowanie, wygląd, emocje. Bez tego opisywałby puste fakty. Wszystko kotłuje się w myślach i znienacka wskakuje na karty powieści. Nieważne czym pisanej – ołówkiem, wiecznym piórem, czy też przy pomocy plastykowej klawiatury. Moja jest czarna. Pewnie podkradam też coś od siebie, ale tego nie da się ustrzec.

Czy te wszystkie skradzione emocje składają się już na kolejną historię?

Właśnie snuję się wokół pewnego mitu i tak mnie wciągnął, że mam już kilkadziesiąt stron. Bazowanie na mitach przesądza zakończenie, ale zanim wypełnię środek treścią jeszcze upłynie wiele wody. Co ja mówię – ta woda wali wielkim strumieniem ze zbocza pewnej góry, zmiatając na swej drodze to co chcemy ukryć przed światem, a przy okazji to, na czym nam zależy.

I z tym enigmatycznym zakończeniem zostawmy naszych czytelników. Ale najpierw zaprośmy ich do pewnej gwarnej tawerny 😉

  • Jola Czemiel: Podlasianka, urodzona i zamieszkała w Białymstoku. Absolwentka SGH, do tej pory zajmowała się prowadzeniem własnej firmy. Pisanie tkwiło w niej od zawsze. Ukończyła kursy kreatywnego pisania i szkołę pisania thrillerów Dana Browna. Należy do Grupy Literackiej Verte i jest członkiem Write Clubu. W działalności prywatnej udziela się charytatywnie jako sekretarz Rotary Club Białystok. Hobby: podróże, muzyka, książki. Wydała thriller Protektor oraz Oko Horusa – sensacja/przygoda (książka Oko Horusa uzyskała tytuł Polskiej Książki Roku 2020 portalu Ostatnia Tawerna). Jej miniatury literackie zostały dostrzeżone podczas Slow Fest 2020 – I miejsce za miniaturę Małgorzata i mistrz w Konkursie Małej Formy)

  • jczemiel

    0 komentarzy
    3 Osób lubi to
    Poprzedni wpis: Zaczarować rzeczywistość – „Szmaragdowa ważka”, Ariadna PiepiórkaNastępny wpis: Historyczna zawierucha – „Kara i nagroda”, Anna Zonová

    Zobacz także

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    O mnie

    Zmanierowany mól książkowy, rockowa dusza w jednym.
    Kontakt · Wsparcie

    Najnowsze wpisy
    Kalendarz
    grudzień 2022
    P W Ś C P S N
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    262728293031  
    Najbardziej popularne
    Najczęściej komentowane
    Archiwum