Teatr nieprzyzwoitości – „Teatr Sabata”, Philip Roth

Jestem typowym zodiakalnym skorpionem. Większość cech charakteru przypisywanych temu znakowi, przypada mi w udziale. Jedną z nich jest zamiłowanie do poruszania się w obrębie tajemniczych, niewygodnych i kontrowersyjnych  kwestii. W przypadku doboru literatury to najszczersza prawda. Lubię prozę pełną „brudu”, czyli taką, która porusza odważną, sporną, dosadną tematykę. Jeśli tego rodzaju powieść napisana jest dodatkowo w wyrafinowany, wybitny sposób, jestem w pełni usatysfakcjonowana. Dlatego też bardzo cenię sobie takich autorów jak Elfride Jelinek czy Vladimir Nabokov chociażby.  Dzięki takim powieściom jak Kompleks Portnoya do tego zacnego grona od niedawna zaliczam również amerykańskiego powieściopisarza Philipa Rotha. Biorąc do ręki Teatr Sabata miałam jako takie wyobrażenie co do tego po jaką książkę sięgam. Przyznam, że to, co otrzymałam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania a moje odczucia w stosunku do niniejszego tytułu są nad wyraz skrajne. To książka, która mnie oczarowała, znużyła i zdegustowała jednocześnie. Ale od początku…

Poznacie Morrisa Sabata. Mickey, jak zwracają się do niego najbliżsi, z zawodu jest teatralnym lalkarzem.