Amerykański dream team – „Kancelaria”, John Grisham

Choć minęło wiele miesięcy, ja cały czas mam w pamięci pewną noc, kiedy to z bijącym sercem i wypiekami na twarzy czytałam Firmę Johna Grishama. Wtedy też, byłam święcie przekonana, że znalazłam kolejnego autora, który skradnie mi serce na dłużej. Nie ukrywam, że obdarzyłam wówczas Amerykanina sporą dozą zaufania. Na chybił trafił sięgnęłam po jego Raport Pelikana. Co zdumiewające, pozycja nie powaliła mnie na kolana. Postanowiłam jednak autorowi dać kolejną, choć nie ukrywam, że ostatnią szansę. Czy Kancelaria utrzymała poziom wspomnianej wcześniej Firmy? Czy może skutecznie zniechęciła mnie do tego jednego z bardziej poczytnych autorów thrillerów prawniczych?

Czytając blurba książki, wydawało mi się, że zaproponowana przez Grishama intryga może być porywająca. Kancelaria prawnicza dwójki wspólników – Finleya i Figa, „butikiem” jest tylko z nazwy. Tak naprawdę to kancelaria adwokacka klasy B. Wspólnicy w zdobywaniu klientów sięgają po mało wyrafinowane sztuczki. Być może są one dosyć oryginalne, na pewno jednak mało etyczne. Kiedy prawniczy duet walczy o klienta i zdawkowy chociażby zarobek, zarabiający spore krocie w dobrze prosperującej korporacji, David Zinc przechodzi załamanie nerwowe. Stawia swoje życie zawodowe pod znakiem zapytania i ryzykuje. Zwalnia się z pewnej posady i – zupełnie przypadkiem – trafia pod skrzydła, wspomnianego wyżej, adwokackiego duetu. Wsparty przez świeżą krew tandem porywa się na sprawę dużego kalibru – postanawia pozwać do sądu sporą firmę farmaceutyczną produkującą lek obniżający poziom cholesterolu, który – rzekomo – może być przyczyną wielu zgonów.

Fabuła zdawała się być – przynajmniej z pozoru – niezmiernie obiecująca. Przynajmniej na tyle, że pokusiłam się o lekturę książki. Szkoda tylko, że nie domyśliłam się, iż tego rodzaju zamysł na powieść, może być aż tak naiwna. Rozumiem, że przypadki chodzą po ludziach. Ale żeby dobrze wykształcony, młody prawnik, po uprzednim zwolnieniu się z pracy, upiciu się w sztok, trafiał zupełnie przypadkiem do kancelarii adwokackiej i został z marszu przyjęty na etat (tym bardziej, że dwójka właścicieli ledwo wiąże koniec z końcem)? Rozumiem łut szczęścia, ale żeby od razu do tego stopnia? Co więcej, żeby wyżej wspomniana, będąca bądź co bądź bez większego doświadczenia trójka prawników, porywała się na proces zbiorowy, w dużej, ogólnokrajowej skali?! Prawdziwy american dream! Jak dla mnie – nuda, nuda i jeszcze raz NUDA! Na dokładkę akcja jest tak łatwa do przewidzenia, że aż wstyd, że jednak to dokończyłam!

Co więcej, powieść jest tak rozwleczona i przegadana, że miałam prawdziwy (serio!) problem by przez nią przebrnąć. Kupiłam ją podczas wakacyjnego urlopu, z nadzieją, że będzie książką lekką i przyjemną. Nie była ani lekka – ciążyła mi jak od dawien dawna żadna z książek. Przyjemności z jej lektury też nie czerpałam. Wręcz przeciwnie – jej bezkrytyczność i przewidywalność mocno działały mi na nerwy.

Pisząc opinię o książce, zawsze staram się w niej doszukać czegoś, co będzie jej mocną stroną. Kancelaria na szczęście też taką, powiedzmy, ma. I choć piszę to odrobinę na siłę, to przyznać muszę, iż z przyjemnością śledziłam wątek Davida i jego prywatnego śledztwa dotyczącego zatruć ołowiem. Choć początkowo denerwowałam się, że ten zazębiający się z wątkiem ogólnym, motyw spowalnia akcję, szybko złapałam się na tym, iż to właśnie on sprawia, że mam ochotę skończyć książkę, zamiast rzucać nią o ścianę.

Jak widać, John Grisham nie zostanie moim ulubionym pisarzem. I raczej, choć – nigdy nie mów nigdy, przynajmniej w najbliższej przyszłości, nie zmierzę się z jego pozostałymi tytułami. Prawo nigdy przesadnie mnie nie pociągało. Thriller spod tego znaku, swego czasu intrygował. Jeśli ma być jednak słodko kończącą się, banalną i łatwą do przewidzenia bajeczką, ja go nie kupuję. Nie zaufałam Kancelarii w takim wydaniu. Następnym razem dwa razy się zastanowię, czy przekroczę progi podobnej literackiej instytucji. A już na pewno tej, spod szyldu Grishama.

Jednym zdaniem

Amerykański dream team i oklepana fabuła. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

— Dominika Rygiel
4 komentarzy
0 Polubień
Poprzedni wpis: Sex, drugs and rock ‚n’ roll – „Queen. Historia nieznana”, Peter HinceNastępny wpis: Jak w domu – „Łaskun”, Katarzyna Puzyńska

Zobacz także

Komentarze

  • SylwiaPt

    11 sierpnia 2017 at 19:09
    Odpowiedz

    Rewelacja! Zostanę u Ciebie na stałe, bardzo dobry post. happyman.pl

  • SylwiaPt

    10 sierpnia 2017 at 04:02
    Odpowiedz

    Dawno nie trafiłam na takie rzeczy, fajnie się czyta i w ogóle częściej i więcej proszę, bo czasu się tutaj zdecydowanie nie traci. http://esencjafilmu.pl

  • Maciej Wojtas

    7 marca 2017 at 08:20
    Odpowiedz

    Adam Pioch mówił kiedyś na jednej z prezentacji o zasadzie "deus ex machina", którą stosowano w dramatach antycznych. To chyba ten sam […] Czytaj więcejAdam Pioch mówił kiedyś na jednej z prezentacji o zasadzie "deus ex machina", którą stosowano w dramatach antycznych. To chyba ten sam przypadek ;) "Rozumiem łut szczęścia, ale żeby od razu do tego stopnia?" Wyświetl mniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« Sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane