Bierzcie i czytajcie Nabokova! – „Patrzcie na te arlekiny!”, Vladimir Nabokov

Nazwiska Nabokova nie trzeba nikomu przedstawiać. Autor słynnej Lolity mocno wrył się w kanon literatury klasycznej. W mojej opinii, zupełnie zasłużenie. Nie ma dla mnie większego nazwiska. I nieprędko zapewne takie się znajdzie. Jest geniuszem, po którego sięgam z bijącym z podekscytowania sercem. Patrzcie na te arlekiny! to ósma z rzędu powieść pisarza, jaką przeczytałam. I dobrze się stało, że sięgnęłam po nią dopiero teraz. Lektura jej jako pierwszej nie miałaby racji bytu, gdyż powieść ta – okrzyknięta jako rzekoma autobiografia autora (chociaż mocno wątpliwa, o czym później) – roi się od odwołań do całej bibliografii Nabokova.

Uważam, że twoje zdrowie psychiczne jest w należytym porządku. Czasem bywasz poplątany i posępny, a często pocieszny, ale to pasuje do takiego ce qu’on appelle geniuszu.

W rzeczonej autobiografii narratorem jest (prawie) sam autor (Władimir Władimirowicz znany szerzej jako Vladimir Nabokov). Rosjanin nie byłby sobą gdyby nie zabawił się z nami już od samego początku. Lubiący mydlić czytelnikowi oczy sprytnie skrócił swoje imię i nazwisko nazywając siebie Wadimem Wadimowiczem. Pozwolił fabule rozwijać się powoli, flegmatycznie i zupełnie monotonnie. Autor opisuje kilka swoich miłosnych rozterek, swoje relacje z córką, skupia się jednakże głównie na swoich literackich problemach związanych z powieściopisarstwem.

I tutaj dochodzimy do sedna. Wadim Wadimowicz opisuje pracę nad kolejnymi swoimi powieściami, które łudząco przypominają te Nabokova. Tak jak „autobiograficzne” nazwisko, tak i tytuły jego książek zostają delikatnie przekręcone. Co wytrawniejszy fan autora lub uważniejszy jego czytelnik bez problemu odnajdzie w nich prawdziwe dzieła Rosjanina, który prócz zostawiania poszczególnych tropów w tytułach, stara się zapraszać nas również do podróży szlakami swoich bohaterów. Możemy więc przykładowo, wraz z nim, odwiedzić miejsca, którymi podróżowała wspomniana już wyżej Lolita (w omawianej powieści nazwana Lottą). Ta fascynująca gra jest niewątpliwą i jedną z większych zalet niniejszej powieści.

To co mnie fascynuje w całej twórczości powieściopisarza, a co jest również bardzo namacalne w Patrzcie na te arlekiny! to bardzo charakterystyczne spojrzenie na seksualność oraz relacje damsko-męskie. Nabokov w specyficzny, zabarwiony niecodziennym poczuciem humoru, sposób potrafi szafować erotyką. Co ważne, nie robi tego nachalnie. Igra i bawi się słowem, z sytuacji jednoznacznych tworzy pełne dwuznaczności sceny. Te zabiegi bawią mnie wzbudzając jednocześnie mój podziw.

Za pozwoleniem, jest teraz noc, znajduję się już w łóżku (przyzwoicie, rzecz jasna, odziany, a każdy organ w równie przyzwoitym spoczynku).

Podkreślić należy również fakt, że tak jak większość powieści Nabokova, tak i Patrzcie na te arlekiny! są książką niejednoznaczną. Po jej lekturze próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie co jest prawdą a co fałszem. Nabokov, jako jedyny ze znanych mi pisarzy, potrafi tak zręcznie zarysować fabułę bawiąc się przy tym kosztem czytelnika, że ten przeczytawszy książkę czuje się w równej mierze zafascynowany co i skonfundowany. A na pewno niepewny tego co właśnie zaserwował mu autor. Ja czuję się po raz kolejny znokautowana i wbita w ziemię. Jeśli ktoś nie wierzy w to co właśnie napisałam, to przytoczę na dowód słowa autora, jakie padły w „arlekinach”:

Istnieje stara zasada – tak stara i trywialna, że aż rumienię się na jej przypomnienie. Niech no obrócę ją w pozytywkę – żeby jakoś zwalczyć jej zwietrzałość:

„Ja powieści
Nie może paść w powieści”.

Nic więcej chyba nie trzeba dodawać. Cieszę się niezmiernie, że na mojej półce czeka jeszcze kilka nieprzeczytanych pozycji autora. Mimo iż każda z jego książek udowadnia mi jak mało wiem o literaturze i funkcjonowaniu języka, to każda z nich jest niebywałą i nieprzewidywalną przygodą w odkrywaniu kolejnych, cały czas nieznanych mi językoznawczych szlaków.

Jednym zdaniem

Wieloznaczna i wielowarstwowa książka, którą czytać można wzdłuż i wszerz by odnajdywać w niej kolejne niuanse. Naszpikowana odniesieniami do innych utworów Rosjanina, jest pozycją dla bardzo wymagającego czytelnika.

— Dominika Rygiel
0 komentarzy
0 Polubień
Poprzedni wpis: Uśmiech receptą na życie – „Księga śmiechu i zapomnienia”, Milan KunderaNastępny wpis: Książka dla wytrawnych gra-czy(taczy) – „Splendor”, Vladimir Nabokov

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« Cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane