MIĘDZY WENUS A MARSEM, Misja #3: Stephen King

Jest jednym z najbardziej poczytnych, najpopularniejszych i najczęściej ekranizowanych współczesnych pisarzy, a jego historia to istny „American Dream”, lub jak kto woli – droga od pucybuta do milionera. Mówią o nim „Król horroru”, choć w rzeczywistości liczba stricte horrorów jakie wyszły spod jego pióra w stosunku do ogółu potężnej bibliografii nie powala. To on wymyślił postać posiadającej telekinetyczne zdolności nastolatki, która na szkolnym balu oblana zostaje świńską krwią po czym dokonuje istnej zagłady; to on wymyślił ukrywającego się w kanałach niewielkiej mieściny przerażającego klauna; to on wymyślił nawiedzonego tatusia, który w opuszczonym hotelu gania żonę oraz potomka z żądzą mordu w oczach; to on wymyślił czarnoskórego wielkoluda, który rozwiązał problemy Toma Hanksa z oddawaniem moczu.

O kim mowa? Rzecz jasna o Stephenie Kingu!

Miliony czytelników na całym świecie zachwycają się jego wyobraźnią oraz umiejętnością snucia historii, jednak jak zwykle kij ma dwa końce, a każdy kto bywa uwielbiany ma i swoich przeciwników. Oba te światy zderzają się w tym właśnie momencie, w tym tekście, do lektury którego serdecznie zapraszamy. Przed Wami trzecia odsłona cyklu Między Wenus a Marsem, gdzie pod lupę bierzemy twórczość samego Króla.

FENOMEN KINGA…

Ona: Przyznam się szczerze i bez bicia: fenomen Stephena Kinga jest dla mnie swoistym paradoksem. Z jednej strony, patrząc na jego twórczość przez pryzmat różnorodności jego książek, jak również poprzez przystępność stylistyczną jego utworów, rozumiem tę zdumiewającą, niezachwianą poczytność i uwielbienie pisarza z Maine. Z drugiej zaś strony, biorąc pod uwagę właśnie tę jego “wyrachowaną” lekkość pióra oraz szeroki przekrój tematyczny wpadam w swoistą melancholię. Dla mnie literatura, oprócz funkcji czysto rozrywkowej nieść powinna również funkcję estetyczną czy edukacyjną. Przynajmniej w większości przypadków lubię, gdy tak jest. Wiem, że teraz większość czytelników mnie zlinczuje, ale powiem otwarcie: u Kinga nie doszukuję się ani jednego, ani drugiego. Widzę jednak całą masę niezobowiązującej rozrywki. I uważam to oczywiście za spory atut jego powieści.

On: Przeczytałem swego czasu opinię głoszącą, że Stephen King pisze dla wszystkich – od zalatanych kur domowych po więźniów skazanych na dożywocie. Coś jest na rzeczy i prawdopodobnie właśnie w tym oraz w niespotykanej lekkości pióra tkwi sekret Króla. Tego, że pisarz z Maine potrafi zaczarować każdego sam jestem najlepszym przykładem. Nie czytałem książek przez pierwsze dwadzieścia lat życia, aż tu nagle – zupełnie przypadkowo – w moje ręce trafiło „Miasteczko Salem”. Wpadłem jak przysłowiowa śliwka w kompot, wpadłem tak, że po Miasteczku, z marszu pochłonąłem około trzydziestu kolejnych dzieł Kinga. Uważam, że fenomen bierze się z charakterystycznego sposobu snucia opowieści, autor „Lśnienia” robi to tak, że czytelnik czuje się jakby siedział przy ognisku z nadzianą na patyk kiełbaską i słuchał opowieści wujka, który wszystko już widział i z niejednego pieca chleb jadł. To wciąga, to uzależnia. I tak Dominiko, masz rację co do tego, że książki Króla to przede wszystkim rozrywka, nie jest jednak tak, że to tylko i wyłącznie fun. Całe mnóstwo dzieł Stephena niesie ze sobą życiowe prawdy, podkreślając zarazem znaczenie istotnych wartości takich jak chociażby ciepło domowego ogniska czy potęga przyjaźni.

Inną kwestią (a propos fenomenu) jest to, że King po prostu kocha książki, kocha czytać równie mocno jak i pisać. Fakt ten da się wyczuć i – według mnie – wpływa to na odbiór jego dzieł zdecydowanie pozytywnie.

Ona: Pozwól, że Cię zacytuję:

“Przeczytałem swego czasu opinię głoszącą, że Stephen King pisze dla wszystkich – od zalatanych kur domowych po więźniów skazanych na dożywocie. Coś jest na rzeczy i prawdopodobnie właśnie w tym oraz w niespotykanej lekkości pióra tkwi sekret Króla”.

W tym momencie, siłą rzeczy nasuwa mi się pewne znane powiedzenie: “Jak coś jest do wszystkiego to jest do… “ 😉 Co Ty na to?

On: Na to, droga Dominiko, odpowiem Ci już w kolejnym punkcie 🙂

NIKT NIE JEST IDEALNY…

On: Jako oddany fan twórczości Stephena Kinga, który z wielką przyjemnością zapoznał się dotychczas z grubo ponad pięćdziesięcioma utworami pisarza – o dziwo – nie jestem ślepy na błędy jakie popełnia, choć tak naprawdę „błąd” widzę jeden. Mowa o słabych, niejednokrotnie nawet fatalnych końcówkach powieści. Prawda jest taka, że Król miewa znakomite pomysły, które jeszcze lepiej udaje mu się rozwinąć, zobrazować, przelać na papier w taki sposób by czytelnik dosłownie przeniósł się w wykreowany przez autora świat. Niestety często bywa tak, że samo zamknięcie historii zawodzi; rzekłbym nawet, że jest tak w 6-7 przypadkach na 10. Tyczy się to nawet dzieł uznawanych za czołowe, jakie wyszły spod ręki Kinga, gdzie najlepszym przykładem niech będzie „To”.

Więcej grzechów nie pamiętam, no może poza faktem, że nowsze powieści nie dorównują tym sprzed lat kilkunastu czy kilkudziesięciu.

Ona: Ja patrzę na twórczość Kinga przez pryzmat “zaledwie” kilkunastu przeczytanych powieści. Uważam jednak, że to wystarczająca ilość (i zapewne ostateczna, o czym później), by mieć podobne zdanie od Ciebie. Zgadzam się, że jest to pisarz, który w charakterystyczny sposób przenosi czytelnika na karty swoich powieści. Przyznaję jednak, że prócz dosłownie trzech tytułów, każdym jednym czułam się mocno zmęczona, momentami wręcz zdegustowana. Czym, zapytasz? Odpowiem krótko i zwięźle: pisaniem pod publikę. Wiele jestem w stanie w literaturze znieść, ale nie takiego podejścia do sprawy właśnie. Domyślam się, że w tym momencie jako argument przytoczysz fakt, iż omawiany przez nas autor jest wielkim fanem literatury i czytelnictwa i pisze poniekąd z tego powodu. Rozumiem również, że każdy pisze po to, by jego twórczość była poczytna i lubiana. Jasne, ale można pisać również dla samego aktu pisania, dla zabawą formą, stylem, słowem, i najważniejsze – dla przesłania. I w takiej, ciut bardziej wyrafinowanej, a zarazem zdecydowanie bardziej angażującej czytelnika formie wolałabym widzieć jego powieści. Wtedy byłabym skłonna nazwać go Królem. Dla mnie jest po prostu zawodowym pisarzem umiejącym tak podrasowywać swoje historie, by były jak najbardziej przystępne odbiorcy. To też przecież zaznaczył w swojej książce “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Plus za to, że jest szczery i się tego nie wstydzi. Mnie tego typu podejście jednak razi. Ot, taka idealistka ze mnie 😉

On:  No i tutaj się pomyliłaś i to kilkukrotnie. Po pierwsze – nie przypominam sobie, by zaznaczał, że podrasowuje historie pod czytelnika, a jedynie wskazał jak można sprawić, by pisało (a zarazem czytało) się lepiej. Napisał to facet wyznający zasadę: Czytaj cztery godziny dziennie i pisz cztery godziny dziennie. Jeśli nie masz na to czasu, nie oczekuj, że będziesz dobrym pisarzem. Stephen King po prostu kocha słowo pisane i fakt ten wylewa się z każdej poświęconej mu biografii. Widać to też w drodze jaką przeszedł – od klepiącego biedę nauczyciela piszącego pierwszą powieść (jako opowiadanie) na serwetce, przez alkoholowo-narkotykowy upadek na samo dno, po wzniesienie się tylko z powodu miłości do rodziny i pisania.

Tak samo niesprawiedliwe i błędne jest stwierdzenie, że Król pisze ot tak, żeby pisać, nie dla samego „aktu pisania”. A czymże innym jest to co robi? Poświęca temu więcej energii oraz czasu niż większość pozostałych pisarzy, kocha to co robi, więc czy fakt, że potrafi pisać grozę czyni go gorszym? W takim przypadku moglibyśmy zadać pytanie – czemu służy literatura? Czemu służą książki? Czy idąc Twoim tokiem rozumowania każda powinna być wyszukana i wysmakowana, a cała reszta się nie liczy? Jest gorszego sortu? Rzucę więc przykładem: Stieg Larsson i jego trylogia Millennium. Okrzyknięta fenomenem przez czytelników oraz krytykę na całym świecie, doprawdy kapitalna historia. Tyle tylko, że nie ma w niej wyrafinowanego języka, nie ma w niej głębszego przesłania (w przeciwieństwie do Kinga, o czym za chwilę). W zasadzie nie ma tu nic ze wspomnianego przez Ciebie „aktu pisania”. Czym więc jest Millennium, Stiega Larssona? I ok, podałem może niezbyt trafny przykład kryminału/thrillera, jednak dobrze wiesz Dominiko, że mógłbym mnożyć przykłady książek, które i Ty uwielbiasz a piękny język oraz „akt pisania” nie stanowiłyby ich mocnych stron. Jasne, można od książki oczekiwać, że porwie stylem, że odmieni nasze życie, ale czy tak naprawdę, w książkach nie chodzi o to, by oderwać się od rzeczywistości i zagłębić w innym, wymyślonym świecie? Wiesz jak to jest, jeden lubi Hobbita, inny kocha poezję Podsiadły, trzeci Kinga, a kolejny zachwyca się twórczością Harlana Cobena. Równie dobrze, ktoś mógłby napisać, że poezja jest „nadęta” (to oczywiście przykład z tą poezją). I co wtedy?

Nie zgodzę się również z tym, że autor z Maine pisze pod publikę. Pod publikę pisze np. Dan Brown, który znalazł jeden schemat i cały czas na nim bazuje. Co innego King, u którego historie są różnorakie, gdzie nie da się przykładowo porównać “Serc Atlantydów” do chociażby “Miasteczka Salem”, a jego z kolei do “Dolores Claiborne” itd. Stephen po prostu ma to coś, umie opowiadać historie, a ludzie to kochają. On uwielbia je opowiadać i to czuć, czuć to przez zwracanie się do odbiorcy per „Drogi Stały Czytelniku”, widać to w momentach takich jak ten, kiedy po niemal śmiertelnym wypadku, napisał w szpitalu, w trakcie rehabilitacji “Łowcę snów”. Pisanie to jego życie, wie jak przelać na papier to co ma w głowie. I ok, być może nie posługuje się kwiecistym językiem (choć tu polecam sięgnąć po “Historię Lisey”), ale nie taka jego rola, on opowiada historie i w tym tkwi cały urok. Przy niektórych zbiorach opowiadań opisane jest jak wpadł na pomysł danego tekstu i to jest niewiarygodne. Stojąc na stacji benzynowej zobaczył dziecko udające się za budynek… i nagle BACH, trybik przeskoczył i narodził się tekst. King to obserwator; obserwuje świat  podając go nam na tacy i za to jest uwielbiany. Nie ma to jednak nic wspólnego z pisaniem pod publikę.

Każdy ma swój styl i akurat zarzucanie Kingowi, że pisze dla widowni i poklasku (czy też pieniędzy), że (jak wynika z Twojej wypowiedzi) jest to zwykły pisarzyna bez polotu to opinia mocno krzywdząca. To trochę tak jakby fan twórczości von Triera podszedł do fana Christophera Nolana i powiedział: „Stary, filmy tego Twojego idola muszą być słabe, bo każdy je lubi”.

No i kilka słów o przesłaniu, choć w zasadzie nie wiem za bardzo jak zacząć, ponieważ zarzuciłaś brak przesłania w książkach, w których owo przesłanie występuje. Ok, być może nie w każdej, ponieważ część z nich to czysta rozrywka, jednak zdecydowana większość dzieł Stephena Kinga niesie ze sobą wiele życiowych prawd, o których na co dzień zapominamy i które warto sobie przypomnieć. Dotyczą one m.in. życia rodzinnego, wartości przyjaźni, systemu hierarchii społecznej, oddania drugiej osobie… mógłbym tak jeszcze chwilę wymieniać. Jakie “przesłanie” poza tym życiowym jest cenniejsze? Zależy oczywiście co rozumiemy przez „przesłanie”.

Inna sprawa, że odbiór twórczości czy to Kinga czy jakiegokolwiek innego autora zależy od zainteresowań i wrażliwości czytelnika. Jeden lubi grozę, a mierżą go dokumenty czy historie miłosne. I na odwrót. Jako, że trochę się już znamy, wiem Dominiko, że za grozą nie przepadasz co też powoduje, że jesteś nieco uprzedzona, tak jak i ja jestem uprzedzony do niektórych dzieł literatury. To znów tak jak z filmami – jeden powie, że najlepszy film to “Casablanca”, na co ktoś inny odrzeknie, że “Casablanca” to nudy na pudy, a najlepszym filmem wszech czasów jest “Piątek 13-tego” 😉 . Choć wszyscy dobrze wiemy, że najlepszy film to “Życie jest piękne” (tak, musiałem to napisać ;)).

I tu dochodzimy do “angażowania czytelnika”, bo i przez to pojęcie można wiele rozumieć. Dla jednego zaangażowaniem będzie zabawa słowem i brnięcie przez kolejne rozdziały językowej łamigłówki, dla drugiego zaangażowanie to rozwijanie wyobraźni np. przy “Władcy pierścieni”, jeden i drugi zostanie wciągnięty, będzie czerpał przyjemność, będzie się w trakcie lektury rozwijał. Oczywiście przyjmuję Twoje racje Dominiko i szanuje Twoje zdanie całkowicie, jednak kij ma zawsze dwa końce i nigdy nie jest tak, że wszystkim da się dogodzić 🙂 .

Summa summarum: książki mają dawać odbiorcy przyjemność, odprężenie, satysfakcję, mają rozwijać czy to wyobraźnie czy zasób słów i powodować, by czas poświęcony lekturze nie był czasem straconym. Jak widać Stephen King umie sprawiać, by czytelnik poczuł się dopieszczony, co nie znaczy, ani że jest najlepszym pisarzem świata, ani, że to produkujący masowe historie pod publiczkę grafoman. Daje radość, szerzy miłość do czytania, w sumie powinni mu za to jakiś pomnik chyba postawić 😉 .

Ona: Pozwól, że odniosę się do ważniejszych kwestii, które właśnie poruszyłeś, zaczynając od tej ostatniej.

“Książki (…) mają rozwijać czy to wyobraźnie czy zasób słów i powodować, by czas poświęcony lekturze nie był czasem straconym.”

Jasne, z pierwszym stwierdzeniem dotyczącym wyobraźni zgadzam się w 100% – książki mają to na celu. Tak się składa, że większość literatury popularnej (i nie tylko) pozwala ćwiczyć wyobraźnię. Ten aspekt jest równoznaczny z samym aktem czytania. Czytasz – pracujesz umysłem, rozwijasz jego możliwości. W tym tkwi jednak szkopuł, iż książka książce nierówna. Jedna wymaga od ciebie większego zaangażowania, inna wcale. Nad jedną musisz się skupić i popracować szarymi komórkami, a inna czyta się sama. W jednej znajdziesz piękny, kwiecisty styl, z kart innej wylewać się będzie rynsztokowy język.

On: Tyle, że akurat King i rynsztokowy język to dwie różne historie. Oczywiście, zdarza się użyć mocniejszego słowa, jednak daleko mu do rynsztokowego. Odnośnie natomiast wyobraźni to widzisz, tu jest pies pogrzebany – nie przepadasz za grozą i horrorami. Wiem doskonale z naszych rozmów poza tym tekstem, że sceny stricte horrorowe w ogóle Cię nie ruszają, tymczasem u wielu właśnie te momenty pobudzają wyobraźnie.

king5Ona: Z tym rynsztokowym językiem to była przenośnia. A co do wyobraźni – wyżej pisałam, że każda książka ją rozbudza. Co do tego nie ma wątpliwości. A propos języka “rynsztokowego”… Przygotowując się do niniejszego tekstu postanowiłam zmierzyć się z kolejnym tytułem Kinga. Padło na “Lśnienie”. Wyobraź sobie, że już na pierwszej stronie napotkałam słowo “kutasina”, powtórzone na domiar złego kilkukrotnie. Naprawdę uważasz, że to jest przykład książki, która “rozwija zasób słownictwa”? Czy o taki rozwój nam chodzi? W tym momencie pragnę podkreślić (żebyś czasem nie zarzucił mi hipokryzji, a co już gdzieś tam wyżej między wierszami próbowałeś udowodnić), że jasne, sama czytam literaturę różnoraką, stricte rozrywkową również. W każdym jednym jednak przypadku, nic nie wnoszące do samej opowiadanej historii użycie wulgaryzmów mnie mierzi. Są autorzy, którzy robią to naprawdę po mistrzowsku (weźmy pod uwagę chociażby fenomenalną “Czarną” Kuczoka, gdzie – z racji mocnego inspirowania się dramatem, jaki rozegrał się naprawdę – użycie wulgaryzmów buduje klimat katastrofalnej grozy). W “Lśnieniu”, użycie słowa “kutasina” już w pierwszym zdaniu powieści – nie ukrywajmy – miało na celu przywabić czytelnika. Nikt nie wmówi mi, że użycie takiej, a nie innej formy nie było użyte z rozmysłem. Uważasz, że to zabieg wysokich lotów?

On: Ależ oczywiście, że było użyte celowo, jednakże nie w sensie, o którym piszesz. Nie dla publiki (bo niby kogo miałoby przyciągnąć słowo “kutasina”?), a dla odwzorowania zjechanej alkoholem i trudami codzienności psychiki głównego bohatera. Inną kwestią jest to, że przyczepiłaś się konkretnie “Lśnienia”, w którym przekleństwo zostało użyte już na pierwszej stronie. Sprawdź inne książki Kinga i zobacz ile znajdziesz w nich brzydkich słówek. Podpowiem bez szukania: Niewiele. Przykład “Lśnienia” jest w tym przypadku wygodny, jednak jako czytelnik, który zapoznał się ze zdecydowaną większością dzieł pisarza z Maine mogę Cię zapewnić, że brzydkie słówka nie są tym co wylewa się z powieści Króla horroru.

Ona: Ten przykład nie jest wygodny, jest przykładem pierwszym z brzegu. Sięgając po inny tytuł pewnie rzuciłoby mi się w oczy inny mankament. A słowo “kutasina” oczywiście, że przyciąga uwagę i interesuje. Seks, wulgaryzmy, nazewnictwo narządów płciowych – tani i wyjątkowo skuteczny chwyt podświadomie rozbudzający w człowieku zaciekawienie. Wracając jednak do meritum. Nadal jestem zdania, że im książka bardziej angażująca, tym większą pracę wykonuje twój umysł. Co za tym idzie – ty sam stajesz się bardziej błyskotliwy, kreatywny.  Biorąc pod uwagę przytoczony wyżej przykład, nadal uważasz, że pod tym względem książki Stephena Kinga są aż tak dobre?

Ja nie neguję faktu (i nigdy tego nie robiłam), iż jego twórczość zapewnia sporą dawkę czystej i niezobowiazującej rozrywki. To również jedna z ważnych funkcji przypisanych czytelnictwu. Na dłuższą metę jednak, prócz kilku chwili relaksu i oderwania umysłu od szarugi dnia codziennego, cóż nam zapewnia? Niewiele. Tak po prawdzie… po kilku dniach, tygodniach taka błaha historyjka zaciera się w naszej pamięci. O to chodzi w szukaniu dobrej literatury? Nie sądzę. To raczej opcja dla hedonistów (tudzież leniwców), którzy w słowie pisanym doszukiwać pragną się tylko przyjemności.

On: W tym jednak sęk, że wiele historii opowiedzianych przez Kinga zostaje na długo w pamięci czytelników. Ja – dla przykładu – do tej pory pamiętam mrożący krew w żyłach klimat “Miasteczka Salem”, pamiętam śmiercionośny wirus, który pustoszył naszą planetę na ponad 1000 stron “Bastionu”, pamiętam jak chwyciło mnie za serce zakończenie “Serc Atlantydów”. I tak jak ja mogą wymieniać miliony ludzi na świecie; nie bez powodu dzieła Stephena są tak chętnie ekranizowane – to historie, które warto opowiedzieć z perspektywy własnych emocji.

Ona: Wiesz co? W sumie powinnam przyznać Ci rację, jego powieści zapadają w pamięć. Do tej pory nie potrafię otrząsnąć się po scenie z “Misery”, kiedy to szalona bohaterka powieści rozprawiła się z policjantem traktując go rozjuszoną kosiarką. Tak straszne, że aż śmieszne. Do tej pory na samo wspomnienie poprawia mi się humor. 😉

On: Moglibyśmy się tak przekomarzać w nieskończoność, uwierz mi jednak na słowo – “Król horroru” nie wzięło się znikąd, bo choć stricte horrorów nie napisał wielu.

Ona: Podejdę jednak do tematu na poważnie. To, czy dana książka zapada (lub nie) w pamięć uwarunkowane jest, jak już wspominałeś – emocjami towarzyszącymi lekturze. W przypadku powieści Kinga dzieje się tak również za sprawą specyficznego, dosyć charakterystycznego klimatu. Nie potrafię sprecyzować czym ów klimat jest, ale osoby, którym nieobca jest twórczość pisarza wiedzą o co chodzi. To taka mglista, dosyć gęsta aura, która otacza czytelnika podczas lektury. Mnie ona niestety nie rusza, wręcz irytuje, zdaję sobie jednak sprawę, że może on się przedkładać na fenomen Kinga.

Odnosząc się jednak jeszcze do przytoczonych przez Ciebie argumentów. Uwagę moją przykuło stwierdzenie, iż King jest tak wybitnym obserwatorem otaczającego go świata, że nawet widząc dziewczynkę chowającą się za murem jest w stanie na tej podstawie wykreować świetną historię. Hm… Serio? Jakim Twoim zdaniem ćwiczeniem otwiera się większość warsztatów z kreatywnego pisania? Podpowiem nieśmiało: właśnie takim, by napisać opowiadanie wychodząc od takiej nic na pozór nie znaczącej sytuacji. Daruję sobie więc rozwijanie tego wątku. Oboje przecież wiemy, że osoba potrafiąca fantazjować i sprawnie posługująca się językiem jest w stanie w sposób spójny napisać taką opowieść. I nie musi nosić nazwiska King. A nawet jeśli nosi, to fakt, iż spod jej ręki wyszła harmonijna powieść, wcale nie jest równoznaczna z tym, że osoba ta jest dobrym (już nie mówiąc, iż wybitnym) prozaikiem.

On: Nie każdy musi nosić nazwisko King, jednak tak się składa, że większości nie udaje się tego zrobić tak jak jemu. Przypadek?

Ona: Raczej wyjątek (uwarunkowany szczęściem i faktem, iż pisarz pochodzi ze Stanów Zjednoczonych) potwierdzający regułę 😉 Wracając jeszcze do wytoczonego przez Ciebie zarzutu odnośnie faktu, że literatura czysto rozrywkowa jest gorszego sortu. Do zapewne zbyt mocne stwierdzenie. Literaturę należy rozpatrywać w dwóch kategoriach: jest literatura popularna i literatura piękna. King, patrząc na to ile i w jaki sposób pisze, należy zdecydowanie do tej pierwszej grupy. A ja… skoro wszyscy nazywają go Królem, naprawdę chciałabym go widzieć w tej drugiej frakcji. Póki co uważam, że określenie to jest przesadą.

On: O Kingu mówi się “Król horroru” (co swoją drogą też jest na wyrost skoro rasowych horrorów napisał tyle, że można by je policzyć na palcach jednej ręki; jednak ma to (ów przydomek) swoje uzasadnienie ;)).

Ona: Tym bardziej więc nie rozumiem tego mocno nieadekwatnego określenia. Trochę na wyrost, co? Ach, zapomniałabym jeszcze o jednym. Nadal uważam, iż jest pisarzem piszącym pod publikę. Przyznam Ci jednak rację – robi to w zdecydowanie lepszym, bardziej zawoalowanym stylu, aniżeli przytoczony przez Ciebie Dan Brown.

On: Ja również dodam coś kończąc temat: Ktoś mógłby po tej wymianie pomyśleć, że jestem ślepo zapatrzonym w Kinga psychofanem; nic bardziej mylnego. Wszystko o czym piszę działa bardziej na zasadzie sentymentu. Król to moja pierwsza literacka miłość, to on zaraził mnie uwielbieniem do książek i otworzył oczy. Na przestrzeni lat poznałem wielu innych autorów, którym King pod wieloma względami znacznie ustępuje, jednak – jak mawiają – stara miłość nie rdzewieje :).

Ona: Moja przygoda z Kingiem miała zgoła odmienny początek. Ale o tym za chwilkę 😉

king4

ULUBIONA KSIĄŻKA KINGA…

Ona: Wbrew pozorom, wcale nie uważam, że omawiany autor jest aż tak złym pisarzem, jakby mogło się zdawać. Potrafi bajdurzyć, szkoda tylko, że często niestety pisząc sporo o niczym 😉 W jego twórczości brakuje mi drugiego, głębszego dna. Patrząc przez pryzmat ilości wydanych publikacji, na pewno jest jednak autorem konsekwentnym i uzależnionym od pisania. Na dodatek nierównym. Trzy jego powieści, spośród kilkunastu, jakie czytałam lubię, a prym wiedzie zdecydowanie “Dallas ‘63”. Do tej przysłowiowej “cegły” podchodziłam jak pies do jeża. Nie dość, że opasłe, to jeszcze z wątkiem przenoszenia się w czasie. Czy ktoś tu oszalał?, pomyślałam w chwili, gdy odebrałam przesyłkę z poczty. To dobry przyjaciel zrobił sobie ze mnie psikusa obdarowując mnie tym tytułem. Do odważnych świat należy, postanowiłam więc spróbować. Początkowo byłam pełna obaw, kiedy przewróciłam jednak kilka kartek… wpadłam.To była książka, którą targałam ze sobą nawet do kina! Nie chciałam marnować ani jednej minuty, chciałam czytać, czytać i czytać! To opowieść, która mnie do granic możliwości porwała, odprężyła i przeniosła w zupełnie inny świat, świat Stanów Zjednoczonych lat 70tych ubiegłego wieku.

On: Pytanie o ulubioną książkę Kinga to dla mnie – jako fana – ciężki orzech do zgryzienia, zwłaszcza, że mówimy tu o autorze niezwykle płodnym. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że… nie jest możliwym wybranie tej jednej, jedynej ulubionej. Po bardzo, ale to bardzo drastycznej selekcji zdecyduje się na… trzy tytuły 😉

Pierwszym jest wymienione już przez Ciebie Dominiko „Dallas 63”, jedna z niewielu książek Króla, której naprawdę ciężko cokolwiek zarzucić. Piękna niecierpiąca na nadmiar ckliwości romantyczna historia z najgłośniejszym zabójstwem w dziejach Stanów Zjednoczonych w tle. „Dallas 63” to opowieść, której ciężko nie dać się porwać; zachwyca wyrazistymi opisami, pełnokrwistymi bohaterami, wartką akcją. Niespodziewanie jedna z najlepszych powieści „Króla horroru” (co nawiasem mówiąc jest sporym nadużyciem, gdyż stricte horrory można w dorobku pisarza policzyć na palcach jednej ręki) nie zawiera praktycznie choćby śladowych elementów grozy. Kapitalna powieść, którą czytamy i czytamy i nie chcemy by się skończyła.

Drugim tytułem, którego nie wypada pominąć jest „To”, któremu chwilę wcześniej wytknąłem słabe zakończenie. I taka jest prawda – rozwiązanie historii nie powala, jednak co to jest za historia!!! „To” uznawane jest przez większość fanów Kinga za najlepszą powieść w jego bibliografii, a co za tym idzie za najlepszy horror i nie sposób się z tą opinią nie zgodzić.

Groza wylewa się tu dosłownie z każdej kartki, a tych nie mało, bo ponad 1000. To powieść podczas czytania której jako ponad 20-letni facet bałem się zejść sam do piwnicy. Poważnie. Chyba to wystarczy za argument na „uwielbiam tę książkę”.

Ona: “Dolores Claiborne” to drugi tytuł, który głównie za sprawą kreacji tytułowej bohaterki, a także specyficznego, mrocznego klimatu mnie uwiódł. Ta powieść śmierdzi kałem, ma posmak miedzianej i zatęchłej wody, rozbrzmiewa kruszonymi kośćmi, między jej wierszami przelewa się muł, błoto i płynie krew. W niej nawet słońce jest w zaćmieniu. A co najważniejsze, ta historia niesie za sobą konkretne i jakże ważne przesłanie. Lubię “literackie brudy” i takiego Kinga jestem w stanie kupić. Gdyby wydawał mniej, ale takich właśnie powieści wiele byłabym w stanie mu wybaczyć.

On: Heh, no i widzisz, oczywiście ja się z Twoimi wyborami zgadzam, bo to świetne (Dallas) lub przynajmniej niezłe (Dolores) książki. Tyle, że właśnie ich wybór pokazuje jak nie-Twoim pisarzem jest King 😉 .Gdyby Król wydawał więcej powieści takich jak Dolores Claiborne, nie byłby Królem 🙂

Ona: Prócz nazwiska naprawdę nie doszukuję się nadal w jego twórczości żadnych królewskich atrybutów.

On: Ciężko, żeby całymi dniami przechadzał się z koroną na głowie (taki żarcik) 😉

Wracając jednak do moich ulubieńców…

Jako fan zbiorów opowiadań, nie zasnąłbym dziś gdybym nie wymienił jednego ze zbiorków Stephena. Tutaj o palme pierwszeństwa walczą “Nocna zmiana” oraz “Szkieletowa załoga” i w przeciwieństwie do większości fanów postawiłbym na tę drugą. Jak każdy zbiór tak i ten zawiera gniotki, jednak “Szkieletowa załoga” oferuje również sporą porcję kapitalnych tekstów takich jak “Tratwa”, “Babcia”, “Skrót pani Todd”, “Jaunting”(!!!), “lament paranoika” czy najbardziej znane – “Mgła”. King w krótkiej formie, to King, którego uwielbiam.

Rzecz jasna przy wyborze “ulubionej książki” nie biorę pod uwagi żadnego z tomów sagi “Mroczna wieża”, gdyż jako całość znajduje się ona na zupełnie innym poziomie niż “zwykłe” dzieła Króla (dodam jednak, że najsłabszy – w mojej opinii – jest tom pierwszy: “Rewolwerowiec” a za najlepsze uznałbym tomy numer dwa – “Powołanie trójki” oraz numer cztery – “Czarnoksiężnik i kryształ”).

Ona: Trzecim tytułem, który przeczytałam z niemałą i li przyjemnością był “Cmętarz zwieżąt”. Napisany w sposób lekki, z charakterystyczną, klaustrofobiczną nutą klimatyczną. Nie ukrywam jednak, że w moje życie, prócz chwili odprężenia nie wniósł zbyt wiele.

NAJGORSZA KSIĄŻKA KINGA…

On: “Doktor sen”, czyli kontynuacja “Lśnienia”. Drewniane, bez wyrazu, nie dorastające do pięt “części pierwszej”, której zresztą również nie jestem fanem.

Numer dwa to “Koniec warty” – powieść zamykająca trylogii mordercy z Mercedesa i co tu dużo mówić – całe szczęście, że warta ta dobiegła końca. A u Ciebie, Dominiko?

Ona: Naprawdę musimy do tego wracać?

On: Spróbujmy 😉

Ona: Dobrze, niech będzie. Opowiem, choć nie lubię wracać do tej czytelniczej porażki bo właśnie w takich kategoriach odbieram moje pierwsze spotkanie z Kingiem (sic!). Tak, tak się zdarzyło, że pierwszy tytuł “mistrza grozy” po który sięgnęłam był właśnie tym, którego nigdy nie dokończyłam i który na wiele lat skutecznie wyleczył mnie z czytania jego książek. Tytuł ten to “Gra Geralda”, to jedna z nielicznych pozycji w mojej biblioteczce, której się pozbyłam i do której nie zamierzam wrócić. Ba!, ja nie miałam ochoty nawet jej dokończyć. Zawiła i nudna, nudna i zawiła. Na samo wspomnienie ziewam. Co więcej – ubolewam, że swego czasu – mając naprawdę znikome dochody – zainwestowałam. To jedna z moich dotkliwszych porażek czytelniczych.

king3

NA DUŻYM (I MAŁYM) EKRANIE….

Ona: Jako, iż nie pałam nadmierną miłością do twórczości Stephena Kinga, nie jestem przesadnie zainteresowana oglądaniem jego powieści na szklanym ekranie. Jako człowiek łaknący jednak kultury, siłą rzeczy, kilka ekranizacji mi nie umknęło. Najbardziej zachwycająca z nich, to niewątpliwie “Skazani na Shawshank”. To zdumiewające, jak z tak krótkiego opowiadania, jakim jest historia skazanego na więzienie bankowca, twórcy filmu potrafili stworzyć pełnometrażowy, porywający obraz. Tytuł ten zna niemal każdy – to nadal jeden z czołowych i najchętniej oglądanych filmów wszech czasów. W rankingu serwisu filmweb.pl plasuje się na zaszczytnym, czołowym miejscu. Czy zasłużenie? Polemizowałabym, ale o tym być może innym razem 😉

Drugim tytułem, który nota bene zajmuje trzecie miejsce w wyżej wymienionym rankingu to “Zielona mila”. Podobnie jak w przypadku “Skazanych na…”, obraz reżyserowany został przez Franka Darabonta. Ekranizacje są od siebie skrajnie różne – pierwsza zachwyca niespieszną, stonowaną narracją, a także wyrazistymi, nad wyraz ludzkimi charakterami. To szczera i uczciwa porcja dobrego kina. Druga zaś jest niemal wiernym odwzorowaniem swojego literackiego pierwowzoru. Tom Hanks w roli strażnika, Michael Clarke Duncan w roli ciemnoskórego więźnia – duet znany i kochany. Szkoda tylko, że nawet w tej formie nie przepadam za tą opowieścią 😉 Tak, przyznam to po raz kolejny – między mną, a Kingiem nie ma chemii.

On: Twórczość Stephena Kinga jest jedną z najczęściej przenoszonych ma duży, czy też mały ekran; zliczając wszystkie sequele, wznowienia itd. doliczyć by się można mniej więcej takiej ilości tytułów jaka znajduje się w bibliografii Króla! Rzecz jasna nie będę się tu rozwodził nad sześćdziesięcioma produkcjami, wymienię te, które szczególnie mocno  (i pozytywnie) zapadły mi w pamięci, nie licząc oczywiście wymienionych przez Ciebie Dominiko “Skazanych na Shawshank” oraz “Zielonej mili”.

Moim skromnym zdaniem najlepszym filmem na podstawie dzieła Stephena Kinga jest “Stań przy mnie”, czyli ekranizacja noweli “Ciało” ze zbioru “Cztery pory roku”.

Debiutujące w 1986 roku “Stand by Me” doskonale oddaje klimat, a także charakter literackiego pierwowzoru kładąc szczególny nacisk na siłę i znaczenie młodzieńczej przyjaźni. Punkt wyjściowy – wyprawa grupki kumpli w celu zobaczenia na własne oczy martwego ciała obcej osoby – to przyczynek do opowiedzenia niezwykle ciepłej i zmuszającej do refleksji historii.

Mój numer dwa to mini serial “Sztorm stulecia” na podstawie książki o tym samym tytule będącej zarazem… scenariuszem filmu. Ta licząca 3 odcinki (oraz ponad 4 godziny) nakręcona na przełomie wieków produkcja trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty zawierając to co z Kingu najlepsze – grozę oraz niepokój. Co warte podkreślenia – kapitalnie zagrana przez aktorów znanych z takich sitcomów jak “Skrzydła” czy “Przystanek Alaska”.

Na wyróżnienie zasługują również “Lśnienie” w reżyserii Stanleya Kubricka, o którym jako fan Kinga nie wspomnę (każdy inny fan wie dlaczego 😉 ), trzeba jednak oddać i Kubrickowi i Jackowi Nicholsonowi, że odwalili kawał dobrej roboty; oraz “1408” będące ekranizacja opowiadania pod tym samym tytułem, z Johnem Cusackiem i Samuelem L. Jacksonem w rolach głównych.

Ona: O tak, “Lśnienie” należy zdecydowanie do tych filmów, które zapadają w pamięć na dłużej. Jack Nicholson w roli Jacka Torrance’a jest niezastąpiony.

On: Nawiasem mówiąc zacieram już rączki na zbliżającą się wielkimi krokami ekranizację “Tego”, zwiastuny pozwalają wierzyć, że fani grozy wreszcie doczekają się czegoś konkretnego!

NASTĘPNY KING…

On: Jako, że “zaliczyłem” już niemal całą bibliografię Króla horroru oraz z recenzenckiego obowiązku, prawdopodobnie następną książką po którą sięgnę, a w której palce maczał Stephen King będzie planowane na ten rok “Pudełko z guzikami Gwendy” napisane wspólnie z Richardem Chizmarem. Co prawda nie przepadam za powieściami – kolaboracjami, jednakże sam opis “Pudełka…” brzmi intrygująco, dlatego też z całą pewnością sięgnę po lekturę.

Jeśli zaś chodzi o te nieliczne dzieła amerykanina, z którymi do tej pory było mi nie po drodze chętnie zaczytałbym się w “Desperacji” lub “Czterech po północy” (tak, wiem, dla fana to wstyd nie znać “Czterech po północy 😉 ).

Ona: Ja natomiast, po moim ostatnim niewypale, jakim była lektura “Lśnienia”, postanowiłam darować sobie lekturę kolejnych tytułów “króla”. Między nami zdecydowanie nie ma chemii, nie iskrzy i nawet takie perełki jak “Dallas ‘63” czy “Dolores Claiborne” nie są w stanie przekonać mnie do tego, by dalej brnąć w twórczość Kinga.

On: Dominiko… nigdy nie mów “nigdy” ;).

Ona: W tym przypadku, pozwól, że użyję “światowego” sformułowania: NEVER EVER!

On: Zobaczymy ;).

Tekst powstał we współpracy z:

przemekPrzemek Kowalski: Dumny z bycia torunianinem, kochający rodzinne miasto ze wszech miar. Po ośmiu latach męczarni w szkołach ekonomicznych zrozumiał, że to nie liczenie, a książki są jego pasją. Pasją, dzięki której poznaje tysiące nowych światów i lepiej rozumie ten, w którym żyje. Redaktor portalu Głos Kultury oraz autor bloga www.pisanepopijaku.pl.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

25 komentarzy
4 Osób lubi to
Poprzedni wpis: #spójnychaos – „Zapach suszy”, Tomasz SekielskiNastępny wpis: Magia, której możesz dotknąć – „Wszechświat w twojej dłoni”, Christophe Galfard

Zobacz także

Komentarze

  • Aga

    13 sierpnia 2017 at 06:48
    Odpowiedz

    Każdy czyta książki przy kawie, maksymalnie przy winie, a tu piwko, no proszę :)

  • perfectSkin-perfectDay

    13 sierpnia 2017 at 06:43
    Odpowiedz

    Szczerze musze przyznac, ze nigdy nie czytałam książek S.Kinga ale czuje się ogromnie zachęcona do tego. Pozdrawiam.

  • Patrycja

    12 sierpnia 2017 at 09:06
    Odpowiedz

    To jeden z najbardziej profesjonalnych blogowych wpisów, jaki czytałam. Przeczytałam go z zainteresowaniem choć przyznaję, ze nie znoszę Kinga. Gratulacje!

  • Kamil

    12 sierpnia 2017 at 06:58
    Odpowiedz

    "King bardzo mocno kocha książki" - uważam, że aby dobrze pisać, trzeba właśnie dużo czytać. Trzeba kochać słowa. Istnieje nawet pewna teoria, która mówi, że […] Czytaj więcej"King bardzo mocno kocha książki" - uważam, że aby dobrze pisać, trzeba właśnie dużo czytać. Trzeba kochać słowa. Istnieje nawet pewna teoria, która mówi, że aby napisać 1 stronę dobrego tekstu, trzeba wcześniej przeczytać 100 stron. Wyświetl mniej

  • Ula z prostoofinansach

    12 sierpnia 2017 at 06:55
    Odpowiedz

    Zaintrygowaliście mnie tym tekstem. Nie jestem fankom Kinga choć jakieś jego książki na pewno w domu znajdę, bo mój mąż je kiedyś czytywał. Przy najbliższej […] Czytaj więcejZaintrygowaliście mnie tym tekstem. Nie jestem fankom Kinga choć jakieś jego książki na pewno w domu znajdę, bo mój mąż je kiedyś czytywał. Przy najbliższej okazji spróbuję sobie wyrobić własne zdanie na jego temat. Dla mnie książka często jest odskocznią od życia. Ma mnie przenieść w inny świat i tego widzę mogę się spodziewać. Gdybym przy okazji wyciągnęła z niej jakieś ciekawe dla mnie wnioski to byłoby miło, ale... nie jest to konieczne :) Wyświetl mniej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
Czytaj więcej

Magazyn Bookiecik Extra
Najnowsze wpisy
Kalendarz
Listopad 2017
P W Ś C P S N
« Paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane