W oparach absurdu – „Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy”, Andrzej Graul

„(…) Nie wszyscy prawdziwi mężczyźni poszli w niepamięć. Jestem jeszcze ja, Wołeczek. Inspektor Wołeczek. Alojzy Indelfons Wołeczek.”, mówi o sobie główny bohater, a odbiorca z marszu ma poczucie, jakby postać tę żywcem wyjęto ze znanego hollywoodzkiego filmu szpiegowskiego o jednym z popularniejszych agentów wszech czasów. „Przypominały mi się stare czasy, przypominał mi się ten noir, western na rozgrzanym piachu w samo południe. Dym spowił mi twarz, czułem się jak Tommy Lee Jones w Ściganym lub Antonio Banderas w czymkolwiek. Klasa.”, dodaje Wołeczek, a apetyt na dobrą lekturę sensacyjną czy też kryminał w stylu noir tylko rośnie. Nic bardziej jednak mylnego, gdyż już sam Wydawca w blurbie zapewnia, iż „Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy” to po prostu parodia kryminału. W kontekście samej jednak fabuły oraz jego bogatej intertekstualności określenie to wydaje się ze wszech miar niewystarczające i ograniczające potencjalny odbiór tekstu Andrzeja Graula.

Wrocławianin bawi się bowiem konwencją i na kanwie potencjalnej powieści kryminalnej, która nota bene sama w sobie zdaje się być tak absurdalna, że aż komiczna (Malaniama, klasyczna i zjawiskowo ponętna femme fatale zgłasza zaginięcie prawa jazdy swej matki, prosząc tym samym Inspektora Wołeczka, będącego totalnym zaprzeczeniem agenta 007 o rozwiązanie sprawy i odnalezienie dokumentu), tworzy rzecz wymykającą się wszelkim ramom konwencyjnym. Mawia się, iż człowieka ogranicza jedynie wyobraźnia, Andrzej Graul udowadnia, iż jego zdolność kreowania literackiego świata, mieszania form i styli wymyka się z wszelkich szeroko ustanowionych ram i norm i lekturę tej książki warto rozpocząć z takim właśnie założeniem. Nic nie będzie tutaj bowiem oczywiste i logiczne, wszystko możliwe i prawdopodobne, finalnie zaś świeże, zaskakujące i poniekąd mocno skłaniające do przemyśleń.

Autor wszystko to osadza w oparach absurdu, przejaskrawia, tworzy karykatury i kolaże, pełnymi garściami czerpiąc z dobrodziejstwa świata literatury, kultury, sztuki i własnej, nieujarzmionej wyobraźni. Komizm sytuacyjny wylewać będzie się niemal z każdej strony powieści, a ciąg przyczynowo-skutkowy fabuły okaże się tak nieprawdopodobny, iż ciężko będzie za nim podążać czy oczekiwać dorzecznego jego rozwiązania. Padną jednak w treści znamienne słowa, iż „To wszystko jest kliszową farsą”, „Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy” taką farsą złożoną z przejaskrawionych klisz jest. To wszak nie parodia kryminału a postmodernistyczna, ekscentryczna, awangardowa i odważna próba wykpienia współczesnej literatury, nad kondycją której między innymi pochyla się Andrzej Graul. Wszystko w efekciarskiej estetyce kampu, mającej na celu ostentacyjne naśladownictwo tego co powszechnie znane i lubiane, a jednocześnie balansujące na granicy kiczu i dobrego smaku.

„Jeśli czytać, to porządną literaturę, proszę pana. Ja tam nie wyściubiam nosa poza Klasykę. Wszystko, co jest teraz, kiedyś już było. Wszystko jest odtwórcze, proszę pana. Nowi pisarze, a raczej autorzy, gdyż autor to nie pisarz, zdecydowanie, klasa niżej, bo dziś pisarzy już nie ma, proszę pana, mocują się z formą, uprawiają kazachską gimnastykę, wyginają tekst na prawo i lewo, odwracają muła ogonem, w  dodatku co stronę, co przypis powołując się na wielkie nazwiska. A dlaczego? Bo w domenie treści już nie błysną.  Z tego ziarna już nic ponad trawę nie wyrośnie. Ale dla nich to dobrze, bo w końcu jest w miarę równo. Bezstronnie. Płasko. Już nie ma wielkiej Literatury, proszę pana. I nie będzie. Czas wielkich treści już przeminął.”

Graul przemyca jednocześnie w powieści odwołania do Kafki, Iwaszkiewicza, Pratchetta, stylizując wypowiedzi na mickiewiczowskie „Stepy akermańskie” („Wyglądałem zza róży gęstego listowia.”), metatekstowo podśmiewując się z poczytnych romansów („Ogród rozpościerający się wzdłuż jezdni sprawiał, że miałem ochotę przysiąść na jednej z granitowych ławek o tracić całe dni na przechadzkach z wybranką serca, na lekturze dziewiętnastowiecznych włoskich romansów, leżeniu na wełnianym kocu z koszykiem pełnym prowiantu…”). Przywołuje jednocześnie nazwiska takich artystów jak Pollock czy Frankovitz, próbując tym samym nakierować odbiorcę w stronę ekspresjonizmu abstrakcyjnego, co adekwatnie scharakteryzuje fabułę „Inspektora Wołeczka i Żaru Czungpalarmy”.

Ponadto, Andrzej Graul odważnie punktuje społeczeństwa kapitalistyczne, krytykując ich zakłamanie i zamiłowanie do przepychu i luksusu, mających na celu zamaskować poczucie zagubienia: „Znów znalazłem się wśród ludzi, znów ogarnął mnie ich szmer, blichtr, szych, fałsz, słodycz. (…) Wyczułem stadną ciekawskość podszytą niepokojem, delikatnie rozedrganą strachem”. Snuje też odważne dywagacje dotyczące mężczyzn i ich miejsca w dzisiejszym świecie, „(…) popatrz na dzisiejszych mężczyzn. Sami chcą zejść z podium, choć brak im odwagi, by się do tego przyznać. Zmęczeni są już i za mali na to, by trzymać świat w ryzach. Przerasta ich odpowiedzialność za bezpieczeństwo i dobrobyt człowieka. Chcieliby zamknąć się w swoich garażach, by móc całymi dniami majsterkować przy bzdurnych aparacikach i malować swoich żołnierzyków. Brakuje im pierwotnej siły, której to my jesteśmy źródłem. Wyczerpują się”.

Sięgając po tę lekturę warto wziąć pod uwagę fakt, iż jej groteskowa i komiczna forma, nosząca znamiona parodii wraz z będącym synonimem chodzącej katastrofy antybohaterem to jedynie powierzchowna fasada, za którą skrywa się całe jej interpretacyjne bogactwo i przyjemność odkrywania tego, co ukryte za tekstem. „Co za akcja, co za dryg, jakie pełne napięcia dialogi, mięsiste opisy, twardy, ciepluchny miąższ!”, naśmiewa się Graul, a to jedynie puszczanie oka do odbiorcy i śmiała zachęta do wejścia w wykreowany świat. „Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy” to bowiem powieść, którą interpretować można na wiele sposobów, głównie przez pryzmat jej bogatej intertekstualności i przemyconych kulturowych odniesień. To błyskotliwa, wymykająca się wszelkim konwencjom i literackim oczekiwaniom próba ich wyeksponowania. „(…) dość tej nadętej błazenady, męczy mnie to. Bez sensu, bez sensu! Przecież wiem, że tu wszystko jest bez sensu!”, a jednak, okazuje się, iż wszystko z metatekstowym, ukrytym sensem. Lektura nieprzewidywalna, świeża, dla odważnego odbiorcy lubiącego zabawę zarówno językiem jak i konwencją i formą.

Tytuł: Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy
Autor: Andrzej Graul
Wydawnictwo: GlowBook
Rok wydania: 2023
Ilość stron: 244

Płatna współpraca recenzencka z Wydawnictwem GlowBook

Postawisz mi kawę?
0 komentarzy
0 Polubień
Poprzedni wpis: Obcy dom – „Zmęczenie materiału” – Marek ŠindelkaNastępny wpis: Bookiecik zapowiedzi – styczeń 2024

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O mnie

Z wykształcenia romanistka. Z zamiłowania czytelniczka. Pełna skrajności. Z jednej strony pielęgnująca w sobie ciekawość i wrażliwość dziecka, z drugiej krytycznie patrząca na świat.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odwiedź mnie na

Bookiecik na YouTube

Najnowsze wpisy
Kalendarz
luty 2024
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
26272829  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane
Patroni
Archiwum