Rozmowa przy kawie #4: Artur Boratczuk – Z książek nauczyłem się czuć, myśleć, marzyć.

Boratczuk zadebiutował wydaną w roku 2020 przez wydawnictwo JanKa „Wskrzesiną”. Debiut ten urzeka recenzentów świeżością słowa oraz wielopłaszczyznowością, która umożliwia dalekosiężną interpretację utworu. Jak zapewnia Wydawca „Wskrzesina to przewrotna powieść o utracie złudzeń i nadziei, miłości i zemście, ludzkiej potrzebie wiary w dobro, które niespodziewanie może okazać się złem.” O tym z jakich pobudek powstała i co o otaczającej nas rzeczywistości myśli jej autor, w poniższej rozmowie.

Dominika Rygiel: Fraudencja, jak sam Pan wspomniał w którymś z wywiadów, jest miejscowością wymyśloną, nazwę wzięła od przekręconego wyrazu, który wymyśliła Pana młodsza siostra. Choć na mapie Polski trudno o wieś o podobnej nazwie, tak naprawdę wciąż istnieją podobne światy, a przynajmniej chciałabym w to wierzyć. Podziela Pan tę wiarę?

Artur Boratczuk: Istnieją, ale lojalnie przestrzegam Panią przed urokiem Fraudencji! Nie przypadkiem ten świat w książce określony jest jako raj w dzieciństwie, przekleństwo za młodych lat i więzienie na starość. Fraudencja  wabi ciszą i spokojem, pięknymi okolicznościami przyrody, szumem  pracujących pszczół , ale pod tym  skrywa się tytaniczne zmaganie z losem i rozpaczliwa walka o prawdziwe człowieczeństwo. Takie światy są wszędzie tam, gdzie ludzie nie dają się zwieść pozorom łatwego i przyjemnego życia, jakie oferuje współczesna cywilizacja.

Przytoczone przez Pana słowa księdza Smętka są znamienne i w pełni, co znam z autopsji, odzwierciedlają realia życia na prowincji. Daleka jestem od stwierdzenia, iż życie na wsi to raj. Dla żyjących z uprawy ziemi to praca fizyczna w rytm pór roku, dla drugich, pozbawionych tej możliwości, to szukanie źródeł zarobku, dorywczo lub też, często gęsto za granicą. Niemniej jednak, czymże byłoby życie bez ustawicznych zmagań z losem? Jak twierdził Antoni Czechow, „bez pracy nie ma pełni radości życia”, a gdzież łatwiej tę radość odnaleźć, jeśli nie w otoczeniu przyrody, z dala od cywilizacji?

Jeśli chodzi o mnie, niech Czechow się wypcha z taką radością życia.

Moim zdaniem człowiek w ogóle nie jest stworzony do pracy!

Moim zdaniem człowiek w ogóle nie jest stworzony do pracy! Praca to najgorszy wynalazek cywilizacji i największe przekleństwo ludzkości. Wydaje mi się, że ludzie najszczęśliwsi byli w epoce łowiecko-zbierackiej, gdy pewnie nie istniało jeszcze w ogóle pojęcia pracy ani słowo na te pojęcie. Upolowali mamuta i dopóki go nie zjedli, świetnie się bawili i odpoczywali przed następnym polowaniem. Rolnictwo wpędziło ludzkość w harówę od rana do wieczora. Ta była praca katorżnicza, chłopi koło 50-ki to już były wraki. Ale jakoś to znosili. Może właśnie ta wspólnota losu pomagała wytrwać i zachować godność.  Wszyscy spędzali czas podobnie w swoich gospodarstwach.  Rozumieli się, znali nawzajem. To już jednak pieśń przeszłości. boratczuk_14-1024x683Wsi, o jakiej pisał już nie Reymont, ale Myśliwski, nie ma. Rolników można zobaczyć głównie w telewizji, jak szukają żony. W mojej okolicy w każdej miejscowości jesienią z rozpędu robi się jeszcze dożynki, ale prawie wszyscy młodzi, którzy się tam idą zabawić, nie potrafią odróżnić pszenicy od jęczmienia. Dojeżdżają do różnych zakładów w okolicy albo za granicę i każdy robi co innego, nie mogą sobie nawet o pracy pogadać. To nowy świat, jeszcze nienazwany, nieopisany, niezrozumiany. Roboczo można go określić, jako postwiejski.  On dopiero szuka nowej tożsamości, punktu oparcia. Radości w tym świecie nie za wiele. Sama przyroda, bo wieś wciąż pozostaje niezwykle malownicza, radości nie daje, choć daje jakiś spokój, bo gdyby nic nie koiło obecnego braku sensu, to wszyscy by się już całkiem zapili i zaćpali. Przyroda jest w stosunku do nas cudownie obojętna, nic od nas nie chce i pozwala się za darmo kontemplować. W miastach wyczuwam zawsze nerwowość.  Tam wszystko jest nastawione na eksploatację człowieka, reklamy nie ukrywają, że jesteśmy tylko tyle warci, ile gotówki możemy wydać na towary, do których kupna nas się wszędzie zachęca.  Przyroda jest jednak tylko emanacją sił transcendentnych,  gdy stracimy wrażliwość na nie, ukojenie, jakie daje przyroda też przestanie działać łagodząco.

Dość pesymistyczna konstatacja. Czy to dlatego rdzenni mieszkańcy Fraudencji, jak chociażby stary Michał Serpina, nieprzychylnie odnoszą się do przyjezdnych osób pochodzących z miasta. Skąd takie podejście? Wynika ono z osobistych doświadczeń? Z obserwacji? Czy nie jest czasem zbytnią generalizacją?

W prawdziwym wioskowo-małomiasteczkowym świecie przybysza z zewnątrz spotyka zwykle to, czego doznał podmiot liryczny piosenki Daukszewicza „Easy rider”, gdy zechciało mu się odwiedzić te wioski gościnne, gdzie częstują miodem i bigosem. Zresztą, żyjemy w XXI w., korzystajmy –  czytelnikom Pani bloga, którzy „Easy Ridera” mogą nie znać, wklejam ten link:

https://www.youtube.com/watch?v=8Fhrcea4zNQ

Przyjezdnych obwąchuje się nieufnie.

Przyjezdnych obwąchuje się nieufnie. Co to za jeden, po diabła go przyniosło, źle mu było, gdzie żył wcześniej, może złodziej, może kapuś? Ludzie z miasta przybywający na wieś poszukują z reguły potwierdzenia swoich sielankowych mrzonek, a one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.  Szkoda czasu na wyprowadzenie takich z błędu, niech się sami borykają ze swoimi ułudami. Są też typy, które próbują się dowartościować, leczyć swoje kompleksy i niepowodzenia z wielkiego świata, wprowadzać swoje porządki, cywilizować tubylców, wchodzą z buciorami w sprawy, których nie znają i nie rozumieją, psując resztki wspólnotowości, która się na prowincji jeszcze kołacze.

W punkt. Niemniej jednak nic nie jest ani czarne, ani białe. Myślę, że czasem warto zaufać i dać człowiekowi szansę. Co też słusznie lub nie, w przypadku Adama czyni Michał Serpina w Pana powieści.

Coś musi być czarne i coś musi być białe, bo inaczej nie mielibyśmy punktów odniesienia do szacowania odcieni szarości. Dlatego właśnie Serpina ślepo zaufał Adamowi – bez niuansowania.

Być może Serpina ślepo zaufał Adamowi, trudno jednak nie oprzeć się stwierdzeniu, iż bohaterowie „Wskrzesiny” są charakterni, daleko im do dobrodusznych poczciwców. Mamy tu właśnie Michała Serpinę, byłego sekretarza gminnego PZPR, który swoje ma za uszami. Jest stary proboszcz, który pozwala córce Serpiny odgrywać dość dwuznaczną rolę na probostwie. Jest demoniczna Marylka, bezwstydna Justyna, porywczy Horst, długo by wymieniać. Jest w końcu enigmatyczny Adam, z całym wachlarzem przewin z przeszłości. To zdumiewające, że nie budzą antypatii, wręcz przeciwnie, lubi się ich takimi, jakimi są. Odzwierciedlają zaściankowe cechy, są w tym jednak naturalni. To pełnokrwiste postaci, zwyczajni ludzie. Na ile znani byli Panu przed aktem pisania, a na ile dali się poznać podczas tworzenia powieści? Jaką metamorfozę przeszli w trakcie pracy nad książką?

Tak, to nie są prostoduszni poczciwcy jak w serialu Ranczo. Kilka lat temu, gdy ten serial był emitowany, wziąłem sekator i obciąłem przy samej ścianie antenę od telewizora, od tej pory żyję bez telewizji. Nie mogłem patrzeć na Ranczo, brzydziła mnie taka infantylna wizji rzeczywistości, beznadziejnie głupie i płaskie stereotypy.  To nie była Polska, tylko jakaś parada radosnych kretynów. Moi bohaterowie są całkiem inni i cieszę się, że Pani ich polubiła:) Dałem każdemu szansę pokazać się z różnych stron, nie przyklejałem im etykiet, nie wtłaczałem w schematy, nie rozliczałem moralnie, nie zmuszałem do zabawiania innych jak najtańszym kosztem. Pokazuję ich mniej przyjemną stronę, ale też pakuję w sytuacje, gdzie budzą zwykłe ludzkie współczucie, bo nawet największy drań może je wzbudzić.

Pomysły na postaci brałem zwykle z życia.

Pomysły na postaci brałem zwykle z życia, ale żadna nie ma konkretnego pierwowzoru, to zlepki wielu charakterów i życiorysów. Oczywiście ewoluowali w trakcie pracy nad książką, czasem z dwóch postaci powstawała jedna, czasem jedna przez podział rodziła dwie odrębne.  Pilnowałem się też, żeby nie ulegać łatwym, modnym, publicystycznie nośnym wątkom. Gdybym na przykład z księdza Smętka zrobił pedofila, który molestował w dzieciństwie Marcina, innego bohatera, pewnie by się to dobrze sprzedało, bo rynek lubi jak się przywala księżom a facet z traumą to już w ogóle cymes.  Ale ja, choć z kościołem katolickim nie mam nic wspólnego i zdecydowanie za nim nie przepadam, stworzyłem postać księdza naprawdę oddanego parafianom, szczerze przez nich lubianego i podziwianego i wcale nie małomiasteczkowego wścibskiego tyrana, co też jest typowym schematem.

Z tym „Ranczem” to chyba trochę tak jak ze swego czasu modną trylogią, a i później, na jej podstawie nakręconym serialem pt.: „Dom nad rozlewiskiem”: przystępnie, słodko, naiwnie i koniecznie z dobrym zakończeniem. Skąd wg Pana popyt na tego typu kreacje? Ludzie potrzebują się dowartościować? Pomarzyć o podobnym świecie, gdzie wbrew logice, wszystko układa się jak po maśle, ot, wystarczy zatrzasnąć za sobą drzwi, wsiąść do pociągu byle jakiego i osiedlić się na wsi?

Ranczo i rozlewiska są jednak trochę z różnych parafii. Ranczo to taki żałosny makiawelizm rodem z remizy strażackiej. Rozlewiska zaś wpisują się dość dobrze w tradycję sielanki, idylli. Już starożytni poeci klecili rymy o szczęśliwych pasterzach żyjących prostym życiem na otwartych przestrzeniach a te rymy z rozrzewnieniem czytali zabiegani Rzymianie i marzyło się pewnie niejednemu, żeby wszystko rzucić i wyjechać na wieś. Jeśli i teraz ludzie to tak chętnie łykają, najwidoczniej im czegoś brakuje.

Rozwiązanie – rzuć wszystko i zamieszkaj na wsi – jest jednak oczywiście uproszczone.

Rozwiązanie – rzuć wszystko i zamieszkaj na wsi – jest jednak oczywiście uproszczone. Osiągnięcie stanu wewnętrznego spokoju to nie kwestia miejsca zamieszkania, ale ogólnego stosunku do rzeczywistości. A to nie tak hop-siup. Starożytny Rzym nigdy z powodu sielanek nie opustoszał i Rozlewiska też niewielu ośmieliły do radykalnej zmiany życia.

Marzenie o zawodowym pisaniu zdaje się przyświecać Panu od kilku dobrych lat. Choć losy Pana pisarskiej drogi układały się różnie, cel został osiągnięty, „Wskrzesina” ujrzała światło dzienne i zdaje się zbierać całkiem przychylne oceny recenzentów. Jakie to uczucie, gdy rodzi się takie, długo wyczekiwane dziecko?

Kiedyś rzeczywiście marzyłem o zawodowstwie pojmowanym, jako utrzymywania się z pisania, ale nic za bardzo z tego nie wychodziło.  Dobrze mi szło w dziennikarstwie, lecz czułem, że pisanie do gazet zabija mój talent. Moje opowiadania zdobywały czasem jakieś nagrody w konkursach literackich, ale kilku powieści, które napisałem, nikt nie chciał wydać.

Swoją twórczość zacząłem traktować nie jako sposób na zarabianie pieniędzy, ale kontemplację.

I ostatecznie dobrze się chyba stało, bo dzięki temu, że musiałem pisać do szuflady, swoją twórczość zacząłem traktować nie jako sposób na zarabianie pieniędzy, ale kontemplację, przejaw prawdziwej wolności, może jedynej prawdziwej wolności dostępnej człowiekowi, zwłaszcza w naszych czasach. I to mi właśnie na dobre wyszło. „Wskrzesina” znalazła wydawcę, ukazała się nakładem wydawnictwa JanKa i to rzeczywiście przyjemne, ale łaska pańska i czytelnicza na pstrym koniu jeździ.  Dzikiej potrzeby podobania się innym nie mam, od pieniędzy z moich książek nie jestem uzależniony, żyję z produkcji uli dla pszczół, i zawodowstwo rozumiem teraz przede wszystkim, jako dążenie do wierności swoim ideałom literackim a nie zmaganie z rynkiem czy gustami czytelników.

Niejeden pisarz mógłby uczyć się od Pana podobnego podejścia 😉 Wracając jednak do dziennikarstwa, czy w Pana odczuciu, zawód ten zabija pisarską kreatywność?

Dziennikarstwo jest z natury naskórkowe. To ślizganie się po powierzchni życia.  Pośpiech związany z pracą w redakcji, wiszące nad głową terminy, krótkie, nie pozwalają dotrzeć do istoty opisywanych zjawisk i ludzi. Trzy rozmowy z jakimś człowiekiem dają już prawo do uznania, że stworzyło się pogłębiony reportaż psychologiczny, a czego można tak naprawdę w takim czasie się dowiedzieć? No i język, jakiego wymaga się w prasie musi być bardzo uproszczony, aby nie powiedzieć prostacki. Pisze się dla jak najszerszego grona. A mnie w pewnym momencie przestało w ogóle interesować pisanie dla kogoś. Chciałem pisać tak, żeby samemu sobie ułożyć w głowie pewne sprawy.  A język lubię cyzelować, na co w prasie nie ma czasu.

Pozostając przy temacie pisania, jest Pan typem pisarza, który jak JK Rowling, planuje wszystko od początku do końca i sumiennie trzyma się zamysłu, czy wręcz przeciwnie, bliżej Panu do stylu pisania Stephena Kinga, który pozwala żyć swoim bohaterom własnym życiem?

Trzeba swoje dupogodziny wyrobić.

Kiedyś szedłem na żywioł i pisałem całkiem bez planu kierując się tylko mglistymi przeczuciami.  Zwykle musiałem potem wiele w pocie czoła przerabiać, żeby wszystko ostatecznie jakoś kupy się trzymało, czasem zrezygnowany przerywałem w połowie. Z czystej ekonomiki zacząłem więc robić plan – to pozwala mądrzej zaplanować pracę, szykować siły na zamiary. Plan bywa na początku bardzo ogólny, ale uszczegóławia się w trakcie pracy. Ulega też wielu modyfikacjom, redukcjom i rozszerzeniom w miarę jak kompozycja dzieła wyłania się z zapisanych kartek. Kluczem do pisania jest jednak samodyscyplina i regularność. Ani plan, ani natchnienie same dzieła nie stworzą. Trzeba swoje dupogodziny wyrobić.

Wszak, jak mawiają, na sukces składa się 90% ciężkiej pracy i ledwie 10% talentu.

Nawet 99 % pracy i 1 % talentu. Z czego wynika, że najważniejszy jest talent. Bo do pracy można się zawsze jakoś zmusić, nauczyć się regularności, nabrać nawyku systematycznego zasiadania nad kartką papieru czy przed ekranem komputera. Ale jak się nie ma tej krzty talentu, to można się na śmierć zaharować, zapisać, a i tak nic ciekawego z tego nie wyjdzie.

Bóg istnieje i można go odczuć.

Czy Pana doświadczenia z OOBE*) oraz próby świadomego snu miały znaczący wpływ na powstawanie „Wskrzesiny”?

Rzeczywiście doświadczyłem czegoś, co można określić jako OOBE, czyli wyjście poza ciało.  Było to jednak równocześnie czymś dużo więcej – doświadczenie istnienia Boga. Stało się to w dzieciństwie, gdy miałem około 12 lat i rozmyślałem o Bogu.  Nagle poczułem, że znajduję się gdzieś w przestrzeni nad swoim bezwładnie leżącym w dole ciałem. Wokół mnie było niezwykłe światło – to był Bóg. Czułem, że mogę roztopić się w Nim, ale bardzo zapragnąłem wtedy wrócić do swego ciała. I to się, z trudem wielkim, udało. Aż się trząsłem ze strachu po tym wszystkim. Potem to wyparłem z pamięci, przestałem myśleć o Bogu, przestałem wierzyć w Boga. Lecz parę lat temu, gdy pisałem „Wskrzesinę” właśnie, wspomnienia tamtego doznania powróciły. One stały się tak naprawdę kanwą tej powieści. Jej istotą jest ta prosta myśl, że Bóg istnieje i można go odczuć. Doskonale tę warstwę powieści odczytał Paweł Biegajski z bloga Melancholia Codzienności, nie potrafiłbym dokonać interpretacji własnej książki pod kątem Boga lepiej niż to zrobił on w tej recenzji, polecam:

http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2020/02/recenzja-wskrzesina-artur-boratczuk.html

We „Wskrzesinie” bywa rzeczywiście mrocznie, jak Pani zauważyła, bo Bóg, o którym piszę, to nie jest chrześcijański dobry Bóg, dla którego jesteśmy oczkiem w głowie.  Baśniowość, sielskość zaś to stany umysłu a nie rzeczywistości. Mogą brać się właśnie z zaakceptowania tego Boga, otwarcia się na niego, zaufania mu, uznania jego wszechobecności i wszechmocy.

Potrzeba duchowości jest przeogromna!

Paweł Biegajski we ww. recenzji pisze, cyt.:

(…) tajemniczy gość, bardziej niż nauczycielem, jest witalną siłą, która pobudza do działania wszystko wokoło. Adam jest więc kreacją indywidualnej impresji duchowej Boratczuka, a Fraudencja to forma autorskiego Universum  stworzonego po to, by opisać absolut za pomocą własnej wrażliwości.

W pełni zgodzę się z tymi słowami. Życie we Fraudencji, po pojawieniu się w niej Adama, zdaje się nabrać impetu, odżyć. Adam poniekąd wskrzesza zamarłą miejscowość do życia. Taki był zamysł?

Tak. Chciałem tchnąć Boga w ten postwiejski świat. Dopiero co rozmawialiśmy o wspólnocie losu opartej na pracy na roli. Ale przecież nie można zamykać oczu na to, że tę wspólnotę konstytuowała też wiara w Boga. Może nawet ona przede wszystkim. Łatwo się śmiać z naiwnych wieśniaków drepczących co niedzielę do kościoła, lecz czy teraz, gdy na wsi nikt już nie wytyka niewierzących palcem, a nieprzyjmowanie księdza po kolędzie nie jest czymś nadzwyczajnym, zapanowała powszechna radość? Nie, zapanowała pustka. Bóg jednak to coś więcej niż Kościół i więcej niż religia. boratczuk_idac-683x1024Jesteśmy prawdopodobnie świadkami schyłku chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego oraz innych wyznań, ale potrzeba duchowości jest przeogromna! Zagospodarowują ją przeróżne ruchy spod znaku New Age. Główna intryga „Wskrzesiny”, budowa przez Marcina świątyni dla Małgorzaty, to przecież metafora starcia New Age i chrześcijaństwa. Żadnej stronie nie dałem w tym starciu przewagi. Ksiądz Smętek popełnia samobójstwo, a świątynia Marcina obraca się w ruinę. Sądzę, że Bóg powróci do ludzi w formie jakiegoś bardzo indywidualnego, intymnego kontaktu. Nie podejmuję się jednak jakichkolwiek przewidywań, co do szczegółów. Zacytuję za to T.S. Eliota: „Jeżeli chrześcijaństwo odchodzi, odchodzi cała nasza kultura. Trzeba zatem z bólem zacząć od nowa i nie można, ot tak, założyć na siebie nowej, gotowej kultury. Trzeba czekać, aż wyrośnie trawa, którą nakarmi się owce, które dadzą wełnę, z której ktoś zrobi twój nowy płaszcz. Musisz przejść wiele wieków barbarzyństwa. Nie zobaczymy nowej kultury za naszego życia, nie zobaczą jej też nasze pra-pra-prawnuki; a gdybyśmy ją nawet zobaczyli, nie bylibyśmy z tego powodu szczęśliwi”. Eliot pisał to już prawie sto lat temu. Pra-pra-pra-prawnuki zaraz zaczną wchodzić w życie, przymierzą nowy płaszcz…

Klimat powieści jest senny, baśniowy, pomimo kilku mrocznych akcentów, pozostaje jednak sielski, ciepły i przyjemny w odbiorze.

Na pewno na ten klimat wpłynęły moje eksperymenty ze świadomymi snami. To sny, które się w sobie samemu wzbudza, można to wyćwiczyć, w trakcie których śniąc zdajemy sobie sprawę, że śnimy i możemy równocześnie wpływać na treść marzeń sennych, kontrolować je, inicjować pewne scenariusze, aktywnie je zmieniać. To dość niesamowite wrażenie. Ale przyznam, że miałem z tym zawsze zagwozdkę. Bo – albo rzeczywiście we śnie nie jesteśmy tak do końca nieświadomi, albo tylko nam się śni, że nie jesteśmy. Tutaj też przy okazji pozwolę sobie wyjaśnić, skąd w książce odwołania do Kartezjusza, bardzo ważne, a nikt jakoś tego nie podjął.   Oglądała Pani taki film „13-te piętro” poruszający temat wirtualnej rzeczywistości, symulacji tak doskonałej, że ludzie nie zdają sobie sprawy, że w niej uczestniczą, biorąc wszystko za prawdziwy świat?

Potrzebujemy Boga, bo bez niego po prostu zwariujemy.

Niestety nie miałam okazji, czuję się jednak zaintrygowana obrazem.

Świetny klimatyczny film, lepszy od Matrixa, też jednak genialnego. Mottem „13-go piętra” jest znana maksyma Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”. To zdanie uważa się za deklarację niepodległości ludzkiego rozumu. W popularnym szkolnym ujęciu racjonalizm Kartezjusza ma być wskazaniem drogi wolnej od religijnych zabobonów i Boga.  Ale nic bardziej błędnego.  Sam Kartezjusz był osobą głęboko wierzącą. Na czterysta lat przed komputerowymi symulacjami gnębiła go myśl, że świat, który widzimy, jest myślą podsuniętą nam przez złośliwego demona, a być może nawet my sami jesteśmy tylko myślą demona. Pewnej srogiej zimy podczas wojny trzydziestoletniej gdzieś w przydrożnej niderlandzkiej gospodzie Kartezjusz doznał objawienia. Gnębiące go wątpliwości rozwiązały się poprzez „Myślę, więc jestem” – skoro zastanawiam się nad tym demonem, dumam, co jest prawdą a co złudą, skoro myślę to wszystko – to właśnie jest dowód, że istnieję, bo musi być coś, aby mogło myśleć. Ale, aby móc uznać istnienie siebie i swojego rozumu zdolnego do postrzegania na początku samego siebie i następnie analizowania całego świata, Kartezjusz musiał najpierw uznać za podstawę istnienie Boga, który stworzył każdą z ludzkich myślących jaźni i ten cały świat i który nie pozwala złośliwym demonom fałszować jego obrazu. Tylko pod tymi warunkami człowiek, jego umysł i jego myśli mogą być.  Myśl przewodnia „Wskrzesiny” idzie śladem Kartezjusza – potrzebujemy Boga, bo bez niego po prostu zwariujemy.

Istnieje też pogląd, iż życie człowieka to wirtualna symulacja bytu stojącego nad człowiekiem.

No właśnie. Niektórzy już wariują:)

Człowiek czuje się (…) zagubiony.

Jeśli jesteśmy przy temacie Boga, odebrałam „Wskrzesinę”, jako ciepłą powieść podbarwioną melancholią, taką wewnętrzną tęsknotą za tym, co było i bezpowrotnie zniknęło. Czy uważa Pan, że rozwój cywilizacji, trend ustawicznego bycia online, wszechobecny pęd za technologią spowodował, że człowiek zatracił poniekąd sens życia? Wiarę w Boga?

Obwinianie technologii czy rozwoju cywilizacji za poczucie braku sensu jest zwykłym uciekaniem od odpowiedzialności za siebie, czczą wymówką.  Większość ludzi nie potrafi udźwignąć tej odpowiedzialności, potrzebują kogoś, kto będzie ich prowadził za rękę, wskazywał, co jest ważne, co dobre. Przez tysiące lat takim przewodnikiem była religia odwołująca się do Boga. Od Oświecenia autorytet religii był jednak podważany.  Potem przyszedł pozytywizm ze swoim prymitywnym scjentyzmem, Nietzsche, u nas dołożył swoje komunizm, po jego upadku wpadliśmy w wir postmodernizmu i mamy, co mamy.  W pustkę po religii wkroczyła cała masa zjawisk, od polityki, przez muzykę po ekologizm i konsumpcjonizm i przeciętny człowiek czuje się w tym zagubiony.  To są te współczesne złośliwe demony, które uniemożliwiają nam dostrzeżenie prawdziwego świata i prawdziwe posługiwanie się rozumem. W tym kontekście „Wskrzesina” jest rzeczywiście wyrazem tęsknoty za światem, w którym Bóg był punktem odniesienia, najwyższym gwarantem sensu. Jak wyżej wspomniałem, jestem przekonany, że czeka nas renesans wiary w Boga, choć już nie zinstytucjonalizowanej, ale też nie zrelatywizowanej jak New Age.

Wskrzesina, kolejne, obok Fraudencji, czysto iluzoryczne słowo. Czym jest? Czy to ta rzadka, legendarna, poszukiwana przez alchemików substancja, która pozwala wskrzesić życie, które już nie istnieje?

Wskrzesina to symbol metafizycznych korzeni rzeczywistości.  Symbol obecności Boga w tym świecie. Nie wskrzesza zmarłych, lecz może dać prawdziwe życie żyjącym.

Jesteśmy jak zombie.

Co uważa Pan przez „prawdziwe życie”? Czy dla każdego z nas nie będzie ono czym innym? Czym jest dla Pana?

Prawdziwe życie moim zdaniem wiąże się z duchowością.  To jakby wzniesienie się i spojrzenie na wszystko z góry. Taka zmiana perspektywy pozwala na dostrzeżenie, że nasza rzeczywistość jest bogatsza niż codzienne troski, które nas absorbują, że  jest coś ponad tym wszystkim, coś co nadaje sens.  Czytanie książek uważam za świetny sposób rozwoju duchowości.  Są niestety tacy, jest ich nawet zdecydowana większość, którzy za prawdziwe życie uważają to, że wstają wcześnie rano, jadą do pracy, harują, użerają się z pracodawcą, lub, jeśli są szefem, z pracownikami, płacą podatki, remontują dom, mają lepszy samochód niż sąsiad i nie dają się oszukać obwoźnym sprzedawcom garnków. No i oczywiście, wisienka na torcie tej niesamowitej dumy – nie mają czasu na głupoty w rodzaju książek czy jakiegoś filozofowania. Takiego życia nie da się oczywiście w jakiejś dozie uniknąć, wszyscy musimy troszczyć się o podstawowe sprawy bytowe, one często dają też wiele radości i nie są bezwartościowe, ale jeśli pozwolimy im wypełnić cały nasz czas to pozamiatane – jesteśmy jak zombie.

Nie ukrywajmy, podobny styl życia wymusza na nas poniekąd edukacja. Ciężko wyjść poza ten schemat myślowy, gdy większość się mu poddaje.

Tak, ludzie są od dziecka formatowani,  podporządkowuje się ich pracy i społeczeństwu. Są upszczołowieni.

Rzeź trutni.

Pszczoły odgrywają w książce i w Pana życiu niebagatelną rolę. Sam Pan jednak przyznaje, iż człowiek przecenia ich rolę w życiu. Nie podziela Pan przypisywanej Einsteinowi opinii, odnośnie tego, iż po wyginięciu pszczół człowiekowi pozostaną ledwie cztery lata życia. Skąd takie przeświadczenie?

Einstein naprawdę nigdy czegoś takiego nie powiedział. A za dowód, że to zdanie jest nieprawdziwe, niech służy Ameryka przed jej odkryciem przez Kolumba. Pszczoła miodna nie była tam znana, przywieźli ją dopiero potem osadnicy z Europy, a przecież Indianie żyli sobie przez tysiące lat znakomicie, a przyroda amerykańska kwitła.  Człowiek bez pszczół by sobie poradził. Rola, którą odgrywają pszczoły w mojej książce jest kluczowa. Głębsza niż mogłoby się wydawać, ale bez znajomości biologii pszczół niemożliwa do rozszyfrowania, dlatego ten poziom jest niestety niedostępny większości czytelników.  Ale cóż – nawet pszczelarze, których z tysiąc przewija się co roku przez moją firmę, patrzą na pszczoły bardzo stereotypowo i ulegają pozorom. Pszczoły w kulturze od czasów Georgików Wergiliusza przez fraszkę „Pod lipą” Kochanowskiego po Pszczółkę Maję postrzegane są bardzo fałszywie. Ale jak ma być, skoro nawet dla nauki były zawsze wielką zagadką? Ich największe tajemnice z partenogenezą na czele poznaliśmy w ciągu ostatnich 100 lat. Moglibyśmy od pszczół nauczyć się bardzo wiele, ale zamiast prawdziwych pszczół ludzie wolą widzieć inne małe ludziki tyle, że pracowite strasznie i lepiej zorganizowane. Weźmy na przykład powszechne wyobrażenie matki pszczelej. Ludzie postrzegają ją, jako dostojną postać otoczoną świtą zwykłych pszczół, która przechadza się po ulu i wydaje rozkazy, rządzi.  W prawdziwym roju matka wyróżnia się rzeczywiście dorodnością. Jest o mniej więcej połowę większa niż pszczoły robotnice. Wynika to z faktu, że jej odwłok to tak naprawdę worek na spermę trutni i fabryka komórek jajowych.  W pierwszych dniach życia królowa udaje się się na lot godowy, podczas którego kopuluje z wieloma samcami, a potem wraca do ula i go właściwie nie opuszcza – do 5 lat spędza w kompletnej ciemności nie robiąc nic innego tylko produkując komórki jajowe zapładniane nasieniem, które w sobie od lotu godowego przechowuje.  wskrzesina2Każdego lata, w szczycie sezonu, matka pszczela może złożyć do 2 tysięcy jajeczek dziennie! Ważą one więcej niż ona sama! To tak jakby kobieta rodziła dziennie dwadzieścioro dzieci.  I tak tygodniami i miesiącami, latami! Proszę sobie wyobrazić jak niesamowity metabolizm musi mieć to stworzenie! Jest rzeczywiście otoczona świtą pszczół. Wyręczają ja w każdym zbędnym ruchu, karmią, czyszczą, zjadają jej odchody, aby cała jej energia szła tylko na składanie jaj.  O rządzeniu królowa może jednak zapomnieć, jest tylko biologiczną maszyną do produkcji innych pszczół. Wystarczy, że odrobinę osłabnie, zachoruje, straci wydajność, a pszczoły natychmiast ją zabijają i hodują sobie nową matkę. Fenomenem pszczół jest to, że z dowolnego zapłodnionego jaja, zależnie od tego jak jest karmiona wzrastająca larwa, może urodzić się pszczoła robotnica – drobna, bezpłodna i żyjąca tylko, uwaga 30 dni, tak tyle tylko żyją pszczoły, lub królowa – duża, płodna i żyjąca do 5 lat.  Genetycznie królowa i jej świta są jednak rodzonymi siostrami. Polecam to swoją drogą do rozważenia wszystkim, którzy nie doceniają, jak ważny jest sposób odżywiania  Mógłbym przerażające szczegóły z życia pszczół, jak coroczna rzeź trutni (zabijanie samców przed zimą przez robotnice) czy wzajemne rabowanie się uli rozwijać, ale czy po tym zdawkowym przybliżeniu prawdziwej organizacji roju w jednym tylko aspekcie królowej-matki, chciałaby Pani jeszcze, aby ludzki świat był urządzony jak ul, a ludzie żyli jak te małe dzielne pracowite owady?

Świetnie by mnie zrozumiała Sylvia Plath.

Mówi Pan, że od pszczół można nauczyć się wiele, a z drugiej strony, przedstawiając dość makiaweliczną wizję ich organizacji życia, sugeruje, iż człowiek nie chciałby żyć w świecie zorganizowanym jak ul. Przewrotność to Pana drugie imię? 😉

To nie przewrotność, chcę po prostu powiedzieć, że obserwacja pszczół, poznawanie ich świata, prowadzenie pasieki to fascynujące sprawy, ale nie powinniśmy zabierać się do nich z zakodowaną metaforą ludzkości jako ula, która jest tyleż wyświechtana, co nieprawdziwa.  Metafory i porównania to w ogóle bardzo niebezpieczne narzędzia. W książce sygnalizowałem to w opisie niechęci młodego Serpiny wobec nabożnego uwielbienia pszczół przez jego ojca. Z obserwacji pszczół możemy nauczyć się przede wszystkim tego, że nie jesteśmy tacy jak one, że różni nas właściwie wszystko, że nasz świat jest całkiem inny, a w każdym razie możemy go urządzić na całkiem innych zasadach.  Możemy dzięki pszczołom nasz świat i nas samych bardziej docenić. A pracowitość i organizację tak znowu nie stawiać na piedestale.

Jestem pewien, że świetnie by mnie zrozumiała Sylvia Plath. W jej wierszach pszczoły pojawiają się wiele razy, bo jej ojciec był sławnym entomologiem, badaczem życia pszczół. W wierszu „Przesyłka z pszczołami”, gdy wsłuchuje się w szum pszczół zamkniętych w klatce, kojarzą się jej z rzymskim wojskiem, gotowym do agresji. Może tym samym wojskiem, które zabiło Jezusa? Boi się otworzyć pudło i wypuścić pszczoły. W wierszu „Zlot pszczelarzy” pojawiają się osoby zajmujące się pszczołami, które są jakby postaciami z koszmarnego snu, bezdusznymi, behawioralnymi jak same pszczoły. Sylvia w tym wierszu jest znów przerażona.

Sylvia Plath zmagała się z ciężką depresją. Jej twórczość przepełniona jest sardoniczną wizją świata, bezbronnością w stosunku do niego. W takiej udręczonej rzeczywistości wszystko zdaje się być źródłem lęku i autodestrukcji. Nawet pszczoła.

Moim zdaniem to nie obraz świata Plath wziął się z depresji, ale jej depresja powstała na skutek tego, że wiedziała, a raczej czuła jaki jest świat, czym naprawdę są pszczoły i widziała „upszczołowienie” ludzi, czyli ich odczłowieczenie. Kafka i Schulz pisali o przemianie w karaluchy. Ja i Plath używamy metafory pszczół, która jednak nie może przebić się przez schematy myślowe, jakie związane są z pszczołami.

Wcale się nie dziwię, iż ciężko przełamać taki schemat myślowy. Bądź co bądź karaluchy odzwierciedlają wizję niczym z sennego koszmaru. „Wskrzesina” zaś ma moc odżywczą, niesie za sobą optymizm.

AB: A owszem, owszem! W punkt!:) Nie potrafiłbym przestawić się na karaluchy, bo pszczoły pozwalają jednak na wlanie pewnej nadziei w serca czytelników. Nie jest moim celem wpędzanie kogokolwiek w depresję, czarnowidztwo i poczucie beznadziejności. To w końcu pszczoły w książce przynoszą nektar ze wskrzesiny i pozwalają na odczucie Boga. Oznacza to, że jeśli Boga nie potrafimy odnaleźć w swoim umyśle i swoich myślach (jak Kartezjusz), warto uwrażliwić się na świat wokół nas, nawet, gdy nie w pełni go rozumiemy, nawet gdy jest przerażający – bo w tym świecie jednak czeka na nas Bóg.

A jednak, słuchając Pana, nie sposób nie doszukać się pesymizmu 😉  Szczerze, ile we „Wskrzesinie” Artura Boratczuka a ile czystej fantazji?

Fantazji jest więcej:)

Z książek nauczyłem się czuć, myśleć, marzyć.

Jakim czytelnikiem jest Artur Boratczuk prywatnie? Czego szuka w literaturze? Czy jak Michał Serpina ma dość obojętny i specyficzny stosunek do książek czy wręcz przeciwnie, docenia ich piękno ?

W podejściu do książek jestem odwrotnością Serpiny. Mam do nich wielką słabość. Z książek nauczyłem się więcej niż nauczyło mnie życie, choć było dla mnie nauczycielem bardzo wymagającym. Z książek nauczyłem się czuć, myśleć, marzyć. A także całkiem praktycznych rzeczy. Np. fotografii – klasycznej, nikomu się kiedyś nie śniło o cyfrowej. Miałem ciemnię i szło mi całkiem nieźle. Z książek nauczyłem się też pszczelarstwa i też mi to nieźle idzie. Jako dzieciak próbowałem się też z książki, pod wpływem wyświetlanego wtedy w kinach „Wejścia smoka” z Brucem Lee, nauczyć karate. Miotałem się przez kilka dni w pokoju trenując różne chwyty na wyimaginowanym przeciwniku. Niestety, gdy postanowiłem wypróbować to, czego się w ten sposób „nauczyłem” w praktyce i sprowokowałem do bójki pewnego kolegę, dostałem bęcki i miałem rozkwaszony nos. Kolega po prostu walił z główki nie zważając na subtelności wschodnich sztuk walki. Miłości do książek nie wybił mi jednak z głowy. Teraz, gdy trochę finansowo okrzepłem, kolekcjonują swoją wymarzoną bibliotekę. W ciągu ostatnich 4 lat wydałem na książki ponad sto tysięcy zł, mam już ponad 3 tys. woluminów i zaczynam przemyśliwać nad budową nowego domu, bo książki zajmują już dwa pokoje i wylewają się powoli dalej:)

Na półkach postawiłem sobie równowartość nowego luksusowego mercedesa.

To dopiero przejaw odwagi, podliczyć kwotę wydaną na książki. 😉 Wspaniałe uczucie dorobić się własnej biblioteczki, prawda?

Owszem, wspaniałe:) Choć po wyliczeniu, ile mnie kosztowała, trochę drapałem się po głowie. Jeżdżę starym kilkunastoletnim gratem, który zgrzyta i wydaje dziwne odgłosy, a na półkach postawiłem sobie równowartość nowego luksusowego mercedesa:)  Tysiące książek, z których wielu pewnie nigdy nie przeczytam:) Ale co tam, raz się żyje! W samochodzie spędzam mniej czasu niż wśród swoich książek, więc nie żałuję. Kiedyś próbowałem czytać e-booki. Kupiłem sobie Kindla i parę e-booków rzeczywiście przeczytałem. Ale brakowało mi namacalności papierowej książki. Gdy patrzałem na Kindla nie wzbudzał we mnie żadnych emocji. Natomiast gdy wodzę wzrokiem po półkach z książkami, już widok grzbietów z tytułami, okładek i zakładek wywołuje wspomnienia lektury, jej treści i okoliczności towarzyszących, czasu, pogody za oknem. Ilekroć patrzę na mój egzemplarz „Na wschód od Edenu” przypomina mi się zima, gdy miałem grypę, mama napaliła w piecu tak że nie było czym oddychać i czytałem tę książkę całą noc, kilka razy robiąc sobie kawę.  Pościel była mokra od potu.   Naszukałem się też na Allegro wydania Idioty Dostojewskiego dokładnie takiego, jakie wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki w trzeciej klasie liceum. Pamiętałem, że miało twardą, czerwoną płócienną okładkę. I znalazłem – to jest wydanie PIW- u z 1977 roku. Stoi u mnie na półce i ilekroć na nie patrzę, przypomina się ten przełomowy czas mojej młodości, gdy lektura Idioty uformowała mój stosunek do ludzi. Zacząłem książkę czytać pewnego wieczora, czytałem całą noc, rano wstałem na pociąg do szkoły, wysiadłem na następnej stacji, dalej czytałem Idiotę i tak po paru dniach wagarowania inaczej patrzałem już na świat i ludzi. Acha, i przy okazji – niech nikt nie wierzy, że e-booki mają jakąś przewagę nad książkami drukowanymi, bo kurz się na nich nie zbiera. Kurz to nie problem! Dopóki jego warstwa nie osiągnie takiej grubości, że uniemożliwi przeczytanie tytułów na grzbietach, nie ma się czym przejmować. A to oznacza gruntowne sprzątanie biblioteki ze 2, góra 3 razy w życiu, można to przełknąć:) Swojego zapomnianego Kindla zaś niedawno właśnie przy sprzątaniu odkryłem pod warstwą kurzu, strasznie go przyciąga, pewnie przez naelektryzowanie ekranu, i bez zmrużenia oka wyrzuciłem go do kosza na śmieci.

Kręci mnie przede wszystkim solidna proza obyczajowa.

Ulubiony pisarz? Książka?

Moi ulubieni pisarze, których dorobek biorę właściwie w całości to Balzak oraz I.B. Singer.  Ten dorobek w przypadku każdego z nich to właściwie jedna powieść rozłożona na kilkadziesiąt tytułów. Balzak podkreślił to zbierając całość w cyklu Komedia Ludzka. Singer w gruncie rzeczy napisał Komedię Żydowską, rozgrywającą się na terenie byłej Kongresówki do roku 1939. Zatem, jak widać, kręci mnie przede wszystkim solidna proza obyczajowa próbująca ogarnąć całość swoich czasów.  Z pojedynczych książek uwielbiam choćby „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego, „Na wschód od Edenu” Steinbeka, „Dzienniki” Gombrowicza, „Wspomnienia, sny, myśli” Junga, „Cichy Don” Szołochowa, opowiadania Flannery O’Connor, „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, „Sto lat samotności” Marqueza, „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa i wiele, wiele innych…  Eklezjasta napomknął o pisaniu ksiąg, ale ich czytaniu i podziwianiu też nie będzie końca.

Erudycja leży blisko pretensjonalności, a stamtąd już tylko krok do śmieszności.

Klasyka zawsze w cenie i nigdy nie zawodzi. To książki pisane w takim stylu, który już dawno został zapomniany. Z klasą, niegasnącymi wartościami, z duszą i sercem. Przykład Balzaka, Prousta… niekończące się serie, trzymające poziom literacki od pierwszego słowa po ostatnią postawioną kropkę. Teraz już tak się nie pisze, dlaczego?

Ciężka sprawa z tą klasyką. W moim zestawieniu jest rzeczywiście wielu pisarzy uznawanych za klasyków.  Cenię zwłaszcza  XIX-wieczny epicki realizm i kontynuatorów tego nurtu. Uważam, że to było apogeum możliwości literatury. Jest też jednak wiele klasycznych dzieł, których całkowicie nie trawię.  Nie cierpię na przykład „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego (choć całość myśli filozofa bardzo cenię). Moim zdaniem książka ta dała przyzwolenie na pewne umysłowe mętniactwo. Nie lubię też „Czarodziejskiej góry” Manna. To dla mnie taka książka, która nie mówiąc nic nowego ani ciekawego, ani w ciekawy sposób próbuje sprawiać wrażenie głębi. Takie literackie pozoranctwo, rzecz czysto snobistyczna.  Nie cierpię też nouveau roman i postmodernizmu. Nie lubię też książek erudycyjnych. Erudycja leży blisko pretensjonalności, a stamtąd już tylko krok do śmieszności. Jeśli autor pisze książkę głównie po to, aby się pochwalić, ile to wybitnych dzieł przeczytał, to byłbym mu wdzięczny, gdyby ograniczył się tylko do podania listy, ja sobie sam przeczytam.

Trzeba jednak pamiętać, że wielu z tych autorów, których teraz uznajemy za klasyków, w czasach sobie współczesnych wegetowało często gdzieś na marginesie literackiego świata.  Nic nie znaczyli, ich głos nie był słuchany, ich pisanie uznawane za pozbawione znaczenia i smaku.  Dlatego myślę, że upraszcza Pani sprawę, sugerując, że kiedyś to się pisało że ho-ho, a teraz to, kaszana i kicha. Myślę, że jest wielu pisarzy, którzy i teraz uparcie skrobią swoje, nie bacząc na mody i za lat -dziesiąt jakiś kanon klasyki z początku XXI na pewno zostanie ukształtowany.  Ona jednak będzie miała inny styl niż dotychczasowa klasyka, bo przecież między Proustem i Balzakiem też jest przepaść.  Gdyby styl literacki się nie zmieniał, to teraz byśmy rozmawiali Bogurodzicą, jak niedawno wyłuszczył mi mój wspaniały wydawca Jan Koźbiel. Problem w wyłapaniu tego co ważne i ciekawe teraz polega na tym, że istnieje olbrzymia niespotykana wcześniej produkcja powieści. Na rynku ukazuje się ich pewnie kilkaset razy więcej niż w czasach Balzaka czy Prousta. W tej ilości muszą być dzieła świetne. Nikt nie jest jednak w stanie tego wszystkiego przeczytać, zanalizować, ocenić.  Zawodowa krytyka literacka ledwo zipie. Jest poza tym często skompromitowana pewną tendencyjnością czy zwyczajną przekupnością.  Ważną rolę pełni blogosfera książkowa, ale tutaj też cuda się dzieją. Są blogi wartościowe, jak na przykład Pani (no i te wszystkie, które piszą o mojej książce:), ale są i takie, gdzie pod niebiosa wychwala się najgorszy chłam. Ewidentne płody grafomanii niektórzy blogerzy potrafią prezentować jako absolutne arcydzieła, a powieści dekady jest z dziesięć na miesiąc. I w efekcie nikomu już po te wszystkie „arcydzieła” nie chce się sięgać, bo ich lektura z reguły rozczarowuje.

Sama wcześniej zarzuciłam Panu generalizację, sama zaś od niej nie uciekłam. Biję się w pierś 😉 Wracając jednak do meritum, nie uważa Pan, że być może wydaje się po prostu zbyt wiele i nazbyt słabych publikacji?

Ba, pewnie. Książka musi mieć chyba przede wszystkim trochę szczęścia, aby w ogóle zaistniała w świadomości czytelników, następnie to szczęście nie powinno jej opuszczać, jeśli ma przetrwać swój czas.

Zostawiam zatem Czytelników z tą konstatacją, Panu zaś życzę, by „Wskrzesinie” dopisało takie właśnie szczęście i została w biblioteczkach i sercach czytelników jak najdłużej.

  • Artur Boratczuk (ur. 1972) –Mieszka na wsi w województwie zachodniopomorskim. Prowadzi małą firmę produkcyjną. W przeszłości pracował jako dziennikarz w lubuskiej prasie regionalnej, prowadził restaurację i poszukiwał skarbów. Pisywał też opowiadania, z których kilka zdobyło nagrody i wyróżnienia na konkursach literackich.

  • boratczuk_13-640x671

     

    *) – ang. out-of-body experienceOBE lub OOBE, doświadczenie poza ciałem (przyp.red.).

    2 komentarzy
    13 Osób lubi to
    Poprzedni wpis: W poszukiwaniu wolności – „Nadfiolet”, Ewa SchillingNastępny wpis: W okowach dziecięcych lęków – „Życie Sus”, Jonas T. Bengtsson

    Zobacz także

    Komentarze

    • Sylwia z Moc Media

      5 maja 2020 at 19:22
      Odpowiedz

      Bardzo ciekawy wywiad, wiele wątków - biorę z niego trzy. Praca - człowiek powinien przede wszystkim żyć, a jeśli pracuje to po to, by żyć właśnie, […] Czytaj więcejBardzo ciekawy wywiad, wiele wątków - biorę z niego trzy. Praca - człowiek powinien przede wszystkim żyć, a jeśli pracuje to po to, by żyć właśnie, a nie tylko żyć, by pracować. Obcy - od zawsze obcy byli oschle bądź wręcz wrogo przyjmowani przez społeczności. Pisarstwo - co do pisarstwa jako sposobu na kontemplację rzeczywistości - sądzę, że to warunki do tego, by powstały najlepsze teksty. Bez ciśnienia, pośpiechu, naporu oczekiwań. Serdecznie pozdrawiam! :) Wyświetl mniej

    • BD

      18 marca 2020 at 00:05
      Odpowiedz

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    O mnie

    Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
    Czytaj więcej

    Magazyn Bookiecik Extra
    Najnowsze wpisy
    Kalendarz
    Lipiec 2020
    P W Ś C P S N
    « Cze    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    2728293031  
    Najbardziej popularne
    Najczęściej komentowane