W meandrach korytarza – „Złodzieje żarówek”, Tomasz Różycki

Jacek Podsiadło napisał o nim, że w życiu jest bardzo podobny do swojej papierowej wersji, co jest rzadkością. Próżno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, nawet jeśli jego osobę zna się wyłącznie z czasów akademickiej młodości własnej czy kilku spontanicznie odwiedzonych spotkań autorskich.  Tomasz Różycki to pisarz o niebywale charakterystycznym sposobie bycia, taki, który o rzeczach poważnych i zupełnie serio opowiada nie do końca serio, wszystko przy jednoczesnym zachowaniu powagi istoty rzeczy oraz bez spłycania jej sensu i przesłania, co więcej nadając jej nowe i głębsze znaczenie. Złodzieje żarówek, książka, jak przyznaje sam autor, przełamująca impas twórczy po utracie części epopei Ijasz, okazuje się kolejnym tytułem idealnie potwierdzającym stwierdzenie Podsiadły.

Lata osiemdziesiąte XX wieku. PRL-owski blok z wielkiej płyty w Opolu. Dziesiąte piętro. Kameralne mieszkanie (dokładnie trzydzieści pięć i pół metra kwadratowego) a w nim gorączkowe przygotowania do imienin ojca. Euforia, gdyż matce udaje się wystać w kolejce i kupić kawę. Popłoch, gdyż kawa jest w ziarnach a w domu brak młynka do jej zmielenia. Syn Tadeusz zostaje więc poproszony o przespacerowanie się w tym celu do sąsiada Stefana. Spacer ów okaże się jednak skandalicznym niemal eufemizmem, przed Tadeuszem bowiem wyprawa życia. Do pokonania będzie miał niekończącą się drogę, przemierzyć będzie musiał długi i nieoświetlony korytarz (ach ci cholerni, nałogowi złodzieje żarówek!), w zakamarkach których czaić się nań będą licznie skrywane dotąd dziecięce lęki, poupychane pokątnie oniryczne wspomnienia a także baśniowe, tudzież pełne grozy ewokacje. Summa summarum, ekspedycja ta, jeśli w swym finale nie przyniesie zmielonej kawy, to z pewnością skłoni naszego bohatera do licznych przemyśleń natury sentymentalnej.

Złodzieje żarówek to bowiem przepełnione niejedną alegorią i dygresją reminiscencje z epoki jakże nam bliskiej i odległej jednocześnie. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku przywoływane będą raz za razem w mniej lub bardziej komicznych, zawsze jednak w nad wyraz rzewnie i żarliwie nakreślonych odsłonach. Lekko przejaskrawione, przerysowane czy niemal karykaturalne okażą się stuprocentowym, praktycznie namacalnym odzwierciedleniem PRL-owskiej rzeczywistości. Nie będzie to jednakże rzeczywistość rodem z Alternatyw 4 Stanisława Barei, a pełne sentymentu i tkliwości przywołanie ludzi i łączących ich relacji, mieszkańców betonowych molochów w łączącej ich doli i niedoli nieustających braków w dostawie zarówno wody jak i prądu, a także nieustających niedoborów dóbr wszelakich, począwszy od wyjściowego w tej narracji młynka do kawy na samej kawie zaś skończywszy.

W meandrach ciągnącego się bez końca korytarza odnajdziemy echa pamięci lat dziecięcych i szkolnych, a w poszukiwaniu owego proustowskiego czasu utraconego pomoże nie kto inny, jak osamotniony w swej wyprawie, trochę zagubiony Tadeusz właśnie. W tej towarzyszącej narratorowi plątaninie myśli, nękających zmór, obaw i niepewności, nawet w chorobliwym, wszak jednakże heraklitowskim pociągu do ognia, dostrzeżemy ponadprzeciętną wrażliwość i celność Różyckiego w raportowaniu świata. Próżno nie doszukać się w tej narracji wspomnień własnych czy wspomnień naszych rodziców, dziadków. Lata późnej komuny jawić się będą tutaj jako surrealistyczny obraz, obraz przepełniony fajansowymi bibelotami, przechodnimi, nikomu niepotrzebnymi (ale zdobycznymi) prezentami. To przywołanie niekończących się kolejek w sklepach, beztroski letnich kąpieli w niestrzeżonych kamionkach. To smak jajek w majonezie i galarety, wszystko w akompaniamencie ujadających psów i sunących poprzez labirynt zsypów morza śmieci. Podróż niekończącymi się korytarzami bez żarówek, tyleż absurdalna co rzeczywista, odległa i niedaleka jednocześnie. Wszystko zdaje się być tutaj i znajome i bliskie, nakreślone i śmiesznie i komicznie, i strasznie i smutno, sumarycznie nie wiadomo jednak co dokładnie i w jakiej proporcji.

Tytuł: Złodzieje żarówek
Autor: Tomasz Różycki
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2023
Ilość stron: 251
Współpraca barterowa z Wydawnictwem Czarne

Jednym zdaniem

Podróż Tadeusza meandrami niekończącego się korytarza. Cel? Zmielenie kawy. Efekt? Natłok myśli, wspomnień, reminiscencji przywołujących tak odległe, a jednocześnie zaskakująco nam bliskie czasy PRL-u.

— Dominika Rygiel
Postawisz mi kawę?
0 komentarzy
2 Osób lubi to
Poprzedni wpis: Niczym w zwierciadle – „Stoner”, John WilliamsNastępny wpis: Na miarę naszych czasów – „Klub Przyjaciół Planety”, R. Lillengraven, J. Kristensen

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O mnie

Z wykształcenia romanistka. Z zamiłowania czytelniczka. Pełna skrajności. Z jednej strony pielęgnująca w sobie ciekawość i wrażliwość dziecka, z drugiej krytycznie patrząca na świat.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odwiedź mnie na

Bookiecik na YouTube

Najnowsze wpisy
Kalendarz
luty 2024
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
26272829  
Najbardziej popularne
Najczęściej komentowane
Patroni
Archiwum