Rozmowa przy kawie #9: Marcin Cielecki – Nie uznaję w literaturze (…) uczucia zadowolenia.

Mówi o sobie, że jest śmieciarzem kultury. Wielką Literaturę łączy z popkulturą, doprawia ją fascynacją złem, a z wrodzonej przekory idzie utartym literackim ścieżkom pod prąd. Efekt? Antykryminał z całą listą rodzących się po lekturze pytań. Co o Archipelagu Lewiatana sądzi sam autor Marcin Cielecki, czy polubił się ze swoim bohaterem oraz czy powieść spełnia jego literackie ambicje, w poniższej rozmowie.

Dominika Rygiel: Każdy z bohaterów Archipelagu Lewiatana skrywa pewną tajemnicę. Odosobnienie oraz ascetyczna codzienność za murami zakonu ma im pomóc w poradzeniu sobie z własnymi demonami. Czy izolacja i samotność to jedna z dróg do samoakceptacji czy sposób na przepracowanie traum?

Marcin Cielecki: Samotność, a wraz z nią wyciszenie, jest sposobem uzyskania odpowiedzi na Wielkie Pytania. Praktykowali to Indianie poszukując wizji, filozofowie i prorocy udawali się na miejsca odludne. Wszyscy chcieli usłyszeć Głos. Czasem Głos przemawiał, czasem uświadamiali sobie, że słyszeli go od dawna, ale musiały ucichnąć zagłuszacze. Bartek Ostrowski nic sobie z tego nie robi: dla niego klasztor jest ostatnim miejscem na ziemi, dokąd podążą za nim śledczy.

Można go zatem określić mianem tchórza? Dość kuriozalne sformułowanie, szczególnie biorąc pod uwagę motywacje, jakimi się kierował planując zabójstwo.

Raczej spryciarz. Zagrywa trefna kartą i uporczywie blefuje. Problem polega na tym, że cisza, milczenie, samotność to nie są rzeczywistości łatwe. Po kilku dniach w takiej izolacji człowiek inaczej słyszy, w innym natężeniu pracują jego zmysły. Przede wszystkim słyszy siebie i to, co do tej pory było ukryte. Wydaje mi się, że Bartek – używając dalej pokerowego słownictwa – przelicytował. Wyciąga książki, na które nie miał czasu, ma laptop z odłożonymi filmami czekającymi do obejrzenia, a mimo to rzeczywistość, w której nie dzieje się nic, dopada go.

Ta uporządkowana rzeczywistość ciszy, zdaje się wymuszać na bohaterach prywatne rytuały. To swego rodzaju mentalna i fizyczna wolność, której oddają się na łonie natury: Agnieszka strzela samotnie z łuku, Bartek fascynuje się wschodnimi sztukami walki. Cisza zakonu klauzurowego, otoczenie połaci lasu oraz skrajna koncentracja podczas wykonywania ćwiczeń to forma ucieczki przed światem czy raczej świadomy sposób na poradzenie sobie z problemami?

Dla każdego z nich zapewne jest to coś innego. Jeśli miałbym wskazać wspólny mianownik dla wszelkich czynności podejmowanych na zasadzie „rytuałów”, to raczej wskazałbym walkę o siebie samego. Każde z nich walczy – nieraz dosłownie – o to, by pozostać przy zdrowych zmysłach, przy złożonych obietnicach.  Zmagają się, męczą, poddają rygorom, które sami sobie narzucili. Można by zaryzykować i powiedzieć, że tworzą swoje własne prywatne liturgie. Sakralizują swój wysiłek. Składają wyznanie wiary w podejmowany przez nich trud. A jednocześnie, zupełnie obok, w sposób niewymuszony, odbywa się zgoła inna liturgia, inny porządek. Te dwie liturgie – prywatne i uznane, samoistne i odwieczne, wymyślone naprędce i wynikające z wielowiekowych tradycji – przecinają się, krzyżują, czasem komentują, czasem uzupełniają.

Wprowadzają ład w niespokojne dusze bohaterów?

Na pewno tak to czują bohaterowie. Agnieszka, Henryk, Bartek wierzą w to, co robią. Przekornym pytaniem jest, czy nie pomnażają jednak swoich udręk chcąc się ponaprawiać.

Otóż to. W jednej z kluczowej ze scen Agnieszka konstatuje, iż każdy ma swoją wojnę, z której musi wrócić. Po tym stwierdzeniu Bartek spowiada się. Ta szczera rozmowa z księdzem Henrykiem pozwoliła bohaterowi na powrót z jego prywatnej wojny? Czy wręcz przeciwnie, stała się dlań stygmatyzującą puszką Pandory?

Spowiedź to wyeliminowanie nieprzewidzianej przeszkody w postaci księdza Henryka. Od tej pory, choć Henryk wie już wszystko, nic nie może z tym zrobić: szach, mat, tajemnica konfesjonału.

Przyznam, że nie posądzałam Bartka aż o takową przebiegłość. Czy to bohater, którego Pan polubił?

Na początku go lubiłem. Z czasem zaczął dorastać i odcinać się od autorskiej pępowiny. To dorosły facet, który idzie swoją ścieżką. Trudno jest mi go do końca zrozumieć, albo mieć jednoznaczne stanowisko wobec niego. Na pewno nie mogę o nim powiedzieć, że go lubię.

Na ile jego kreacja była zamierzona, a na ile stworzyła się „sama” podczas pisania? Czy to postać żyjąca własnym życiem, czy ujarzmiona przez Pana pióro od A do Z?

Bartek wyrósł na samodzielną postać. Podobało mi się to, jak z kartki na kartkę przepoczwarza się, dojrzewa do kształtów sobie właściwych. Wydawało mi się, że kontroluję go. Z czasem zobaczyłem, że we dwóch poszliśmy w różnych kierunkach. Podobało mi się dokąd mnie zaprowadził, ale jeszcze bardziej doceniam, że rozstaliśmy się na rozstaju dróg.

Zostawił go Pan w tym miejscu bez najmniejszych wyrzutów sumienia?

Dobre pytanie… Finalnie Bartek pakuje plecak i staje się przemieszczającym, znikającym punktem. Nie wiem dokąd dojdzie. Zastanawiałem się, czy zostawić mu zapalone światło w oknie, gdyby chciał wrócić. Nie jestem jednak przekonany, czy ja bym chciał, aby wrócił.

Jedno z pytań, które po lekturze powieści pozostało dla mnie bez odpowiedzi to to, czy Bartek Ostrowski to zabójca czy jednak [spoiler] sprawiedliwy sędzia. Jak Pan upatruje się na tę kwestię? Czy czyn, którego dopuścił się bohater ma szansę zostać usprawiedliwiony?

Zdaję sobie sprawę, że Archipelag Lewiatana może być porównywany do Zbrodni i kary. To jednak nazbyt oczywisty trop. Archipelag… jest kryminałem na opak, to antykryminał, kryminałem pisanym wspak. Cechą powieści detektywistycznej jest tropienie zabójcy, mozolne zbieranie śladów, poznawanie jego tożsamości. No i motywu. Czytelnik raczej podąża śladem detektywa-bohaterem. Archipelag… rozkłada inaczej akcenty: bohaterem jest morderca, detektyw pojawia się marginalnie, jedynie motyw pozostaje do rozwiązania. Dlatego moja powieść to nie tyle nowa Dostojewszczyzna, co Cielecczyzna: bo jeśli nie ma zbrodni, to czy nie ma też kary? Wolę myśleć o Archipelagu Lewiatana, jako powieści poza zbrodnią, ale też i poza winą i poza karą. Bohater przesuwa granice niesamowicie radykalnie – jego schowanie się w klasztorze jest przecież wejściem wilka między owce.

W tradycyjnej powieści detektywistycznej czytelnik otrzymuje namiastkę sprawiedliwości, jakąś formę świeckiego zbawienia: zło zostało ukarane, porządek świata wrócił na swoje miejsce. Archipelag Lewiatana rozrzuca te akcenty, zmienia ich położenie. Mówiąc jeszcze inaczej: zostały zmienione zasady gry, stolik został wywrócony do góry nogami.

Skąd pomysł na taką książkę „na opak”?

Z przekornych uczuć, które są we mnie: z jednej strony gorącej miłości do Wielkiej Literatury, a z drugiej niewiary, że można to samo powtórzyć. Na pewno nie chciałem bawić się w postmodernistyczne zapożyczenia, kalki, kryptocytaty. Z drugiej strony – stół alchemika wystawił już wszelkie dostępne artefakty. Teraz należało jedynie poprzestawiać proporcje. Chciałem napisać coś zahaczającego o kryminał, ale bardziej od detektywa interesował mnie morderca. Podobnie jest ze sztukami walk, brewiarzem – to mnie żywo interesuje, ale nie stać mnie na napisanie osobnych książek na ich temat. I tak powstał Archipelag Lewiatana: czarci kocioł marzeń i inspiracji, w którym należało jedynie zamieszać piórem.

To nieszablonowe spojrzenie na „Wielką Literaturę”. Czy ciężko jest zmierzyć się z marzeniem o napisaniu czegoś w duchu klasyki, a jednocześnie świeżego i odkrywczego?

Jasne, że ciężko, bo przygniata doświadczenie zarówno znakomitości Wielkiej Literatury, jak i to, że wszystko już było. Na szczęście pisałem bez oglądania się nerwowo przez ramię, miałem poczucie wolności. Jeśli bałem się oceny, to nie tego, co powie Wielka Literatura, ale jaki werdykt wyda Cielecki – sam dla siebie jestem największym, niemal bezlitosnym krytykiem.

I jaką ocenę wydaje? Jest zadowolony z efektu finalnego czy mógłby coś poprowadzić, napisać inaczej?

Nie uznaję w literaturze, przynajmniej tej, którą staram się uprawiać, poczucia zadowolenia, obezwładniającego błogostanu i stanu sytości. Wiem, ile w tą książkę włożyłem, znam jej wszystkie słabe strony. Nie ma dla mnie żadnych tajemnic, zatem to nie jest do końca uczciwe pytanie. Teraz strzyżę uszami, nasłuchuję, czy gdzieś na horyzoncie zjawi się mój czytelnik – ten, który powie: warto było. arch

Wracając jeszcze do głównego bohatera… W początkowej fazie powieści Bartek Ostrowski to pozorant, wytrawny gracz, który po dokonaniu zabójstwa skrzętnie planuje swoją najbliższą przyszłość. Chroni się w klasztorze pod pretekstem pisania pracy doktorskiej nt. utopii. Czy tematyka jego rozprawy doktorskiej ma ukryte znaczenie?

Książki w Archipelagu Lewiatana wyznaczają pewien zakres znaczeniowy, ale to czytelnik musi stworzyć sobie mapę. Może wyruszyć zaproponowanym szlakiem utopii. Po drodze zetknie się jednak ze stanowczą postawą księdza Henryka, który hardo będzie głosił, że Ewangelia to potwarz dla utopii. Inną ciekawą książką jest Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, z którym Bartek próbuje wejść w jakiś swoisty, dość wybiórczy dialog. Pozostaje jeszcze inna księga: brewiarz. Można zażartować, że Bartek to wytrawny czytelnik. Sporo czyta, pochłania literki, wadzi się ze słowami. Jednocześnie to hermeneuta zdarzeń, wypowiedzianych przy obiedzie słów, interpretator gestów.

Wytrawny czytelnik, wytrawny gracz. Jak Pan wcześniej wspomniał „wilk rzucony między owce”. Jedno jest pewne, to postać, która sporo mąci. Czyż to nie jednocześnie próba ukazania, iż nie można być (super)bohaterem i nie można (u)ratować świata bez ponoszenia kosztów własnych? Bo takowe jednak nasz bohater ponosi?

W sprawie ewentualnych kosztów ponoszonych przez Bartka… Archipelag Lewiatana zmienia ustalone zasady: Agnieszka nie jest Sonią, bo ona taką zjada na śniadanie, Bartek nie jest Raskolnikowem, bo nie niesie ze sobą obciążającej historii rodzinnej. Nie jest również bohaterem powieści Michaela Coxa Sens nocy. Spowiedź. który zabija przypadkową osobę, aby sprawdzić czy jest w stanie zabić tę właściwą.  Jaką cenę płaci za swoje wybory Bartek… Może należałoby postawić inne pytanie: czy Bartek w ogóle ponosi koszta własne?

W tym momencie nie pozostaje mi nic innego jak gorąco zachęcić potencjalnych czytelników po sięgnięcie Archipelagu Lewiatana w celu samodzielnej próby odpowiedzi na powyższe pytanie. Jeśli miałby Pan jednym zdaniem powiedzieć dlaczego warto sięgnąć po tę powieść, powiedziałby Pan, że…?

W Archipelagu Lewiatana jest zbyt dużo dobrych zdań, aby ograniczać się tylko do jednego.

I to przesłanie niech przyświeca czytelnikom Archipelagu Lewiatana. Dziękuję za rozmowę.

  • Marcin Cielecki:  ur. 1979, poeta, eseista, prozaik. Wydałem książki poetyckie „Czas przycinania winnic” (2002), „Ostatnie Królestwo” (2010), zbiór esejów „Miasto wewnętrzne” (2015). „Archipelag Lewiatana” (2020) to debiut prozatorski. Publikowałem na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi”, „Blizy”, „Toposu”, „W drodze”. Uczestnik warsztatów pisarskich w Arktyce zorganizowanych przez Fundację Identitas oraz laureat Nagrody Specjalnej Fundacji Identitas (2020). Mieszkam w Olsztynie.

  • Marcin Cielecki, fot. Łukasz Jakubowski

    0 komentarzy
    9 Osób lubi to
    Poprzedni wpis: Oczyma mieszkańców – „Kolekcjoner porzuconych dusz”, Eliane BrumNastępny wpis: Intymna spowiedź – „Nadchodzi chłopiec”, Han Kang

    Zobacz także

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    O mnie

    Zmanierowany mól książkowy i rockowa dusza w jednym.
    Czytaj więcej

    Magazyn Bookiecik Extra
    Najnowsze wpisy
    Kalendarz
    Listopad 2020
    P W Ś C P S N
    « Paź    
     1
    2345678
    9101112131415
    16171819202122
    23242526272829
    30  
    Najbardziej popularne
    Najczęściej komentowane