Przywołane przez narratora lokalne przysłowie „Lepiej stracić pieniądze niż duszę”, które można odczytać jako przekonanie, że dopóki się żyje, żadna strata materialna nie jest ostateczna, wobec opisywanego doświadczenia brzmi jak gorzka ironia. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której z dnia na dzień traci się cały swój dobytek i poczucie bezpieczeństwa, a zaplanowany wcześniej trening tenisa czy wizyta u lekarza stają się luksusową fanaberią?
„Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” to zapis kilkumiesięcznej codzienności w okupowanej Strefie Gazy, opisywanej w pamiętniku przez anonimowego, trzydziestopięcioletniego mieszkańca miasta, codzienności, której dramatyczna eskalacja następuje 7 października 2023 roku. Ze szczerej relacji mężczyzny wyłania się nie tyle obraz pogarszającej się sytuacji w położonej nad Morzem Śródziemnym strefie, ile przede wszystkim obraz zburzonego poczucia bezpieczeństwa jednostki oraz życia, w którym nienormalność staje się normalnością.
Ten intymny i anonimowy zapis, w przekładzie Agnieszki Rasmus-Zgorzelskiej, jest dogłębnie poruszającą relacją codzienności w Gazie, widzianą z perspektywy jej mieszkańca – zwyczajnego człowieka mającego plany, marzenia i pragnienie spokojnego życia. W zapiskach tych próżno szukać analizy przyczyn konfliktu pomiędzy Hamasem a Izraelem (słowa te ani razu nie padają w tekście), reporterskiego, precyzyjnego oka, wstrząsających relacji organizacji międzynarodowych stacjonujących na miejscu czy doszukiwania się politycznych źródeł wojny. To poszarpana opowieść, snuta nieśpiesznie, widziana z perspektywy człowieka kochającego koty, szukającego dachu nad głową w bombardowanym i okupowanym mieście, któremu dosłownie i w przenośni usuwa się grunt pod nogami, a zaogniona i niepewna sytuacja staje się synonimem walki o przetrwanie.
„Mam proste marzenie. Chciałbym usiąść w jednej z ulubionych restauracji w mieście Gaza, z widokiem na piękne, błękitne morze. Zamówić makaron z kurczakiem, masę przystawek i sałatę (wiece, żeby było zdrowo). Towarzyszyliby mi przyjaciele, rozmawialibyśmy o przyziemnych sprawach, narzekali na pracę i omawiali ulubione programy telewizyjne. (…) Po odejściu przyjaciół wyjąłbym książkę do poczytania. Spokojny dzień w Gazie – nie potrzebuję niczego więcej.”, pada jakże proste wyznanie, będące jednocześnie niewydumanym marzeniem mężczyzny o normalności, podstawowych potrzebach i uniwersalną kwintesencją pragnień większości ludzi.
Tymczasem autor dzień w dzień zmuszony jest konfrontować się z obrazami zdruzgotanych matek opłakujących leżące pod gruzami dzieci. „Jak wiadomo, każda rodzina straciła przynajmniej jedną osobę albo kogoś znajomego. (…) Funkcja uzupełniania tekstu na telefonie podsuwa słowa ze słownika najczęściej używanych wyrazów. Tak więc nie ma potrzeby pisać wiadomości z kondolencjami, wystarczy pierwszy wyraz, a potem tylko kliknięcie w kolejne, które się podstawiają.”, lekko, ale dla wyraźnej przeciwwagi, dodaje narrator.
„Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” to zestawienie kontrastujących ze sobą obrazów: drżących w posadach, walących się budynków, wypadających szyb z okien, nieustannej próby zdobycia wody i jedzenia kontra usilnie walczący o poczucie „normalności” narrator dziennika, raz za razem nucący utwory Taylor Swift, zachwycający się libańską wersją Edith Piaf – Fairuz, czy bulwersujący się na nagrodzenie „Pieśni proroczej” Paula Lyncha Nagrodą Bookera. To wstrząsający dowód na to, iż nawet w obliczu najstraszliwszych zbrodni człowiek walczy o resztki godności, a kultura jest tym aspektem życia, który zdecydowanie mu w tym pomaga. Sugeruje to również sam tytuł książki, zaczerpnięty z wiersza Mahmuda Darwisha, który staje się nie tylko literackim odniesieniem, ale też moralnym drogowskazem:
Kiedy robisz sobie śniadanie,
myśli o innych
Nie zapomnij nakarmić gołębi.
Kiedy toczysz wojny, myśl o innych
Nie zapomnij o tych, którzy żądają pokoju.
A kiedy wrócisz do ojczyzny, do swojego domu, myśl o innych
Jak ci, którzy żyją w namiotach.
Kiedy zasypiasz, licząc gwiazdy, myśl o innych
Którzy nie mają gdzie spać.
To właśnie „myślenie o innych”, o tych, którym odebrano dom, bezpieczeństwo i przyszłość, zdaje się spajać osobiste zapiski narratora z uniwersalnym przesłaniem „Dziennika z Gazy”.
W książce przywołane są bowiem opisy skrajnych sytuacji, wyzwalających w ludziach zmianę priorytetów i podejścia do życia. Kłócące się małżeństwo staje się milczące i zgodne. Poukładana i spokojna rzeczywistość ulega diametralnej zmianie: nikogo nie dziwi już widok dzieci w dwa razy za dużych butach czy zawsze wyelegantowanych biznesmenów odzianych w podkoszulek i rozciągnięte spodnie od dresu. Ludzie z dnia na dzień siwieją. Odcięty gaz wymusza na mieszkańcach przygotowywanie posiłków na zewnątrz, na ognisku. Absurdalnie rosnące ceny artykułów spożywczych (cena soli wzrasta aż dwudziestokrotnie), ograniczony dostęp do lekarstw, które są reglamentowane (tabletki sprzedawane na sztuki), niekończące się kolejki po kilka litrów wody pitnej, brak ciepłych ubrań i koców – to codzienność, z którą muszą mierzyć się mieszkańcy Strefy Gazy, co wzmaga poczucie rosnącej apatii i bezsilności wobec pogarszających się warunków bytowych oraz nieustannego strachu o życie.
Z dziennika wyłania się dodatkowo obraz eskalującego konfliktu – mimo początkowej nadziei na jego szybkie zakończenie, bez jakiejkolwiek realnej perspektywy na finał. Wydłużająca się ekstremalna sytuacja początkowo wyzwala w narratorze wolę przetrwania, zaskakująco szybką adaptację do nowych warunków oraz próbę przeżycia każdego kolejnego dnia i nocy. Z każdym tygodniem pojawia się jednak poczucie przygniatającej bezsilności, upokorzenia i niesprawiedliwości, a tym samym obdarcia z człowieczeństwa i poczucia sprawczości. W miejsce początkowej nadziei na szczęśliwe zakończenie wkraczają stagnacja i zobojętnienie, obezwładniające poczucie utraty bezpieczeństwa, nadziei i marzeń. Mężczyzna czuje się nieżywy za życia. „Minęło osiemnaście dni. Wciąż żyjemy, ale jeszcze nie przeżyliśmy” – skonstatuje beznamiętnie.
Książka ta jest bolesną lekcją pokory dla ludzi żyjących w pokoju, pochwałą rutynowości i trywialności zwykłego życia, próbą pokazania, że warto docenić codzienność, w której z kranu leci ciepła woda, na talerzu paruje gorący, aromatyczny posiłek, a ściany domu dają schronienie i poczucie bezpieczeństwa. To jednocześnie niemy krzyk za krajem, który kiedyś oferował piękno i nadzieję, a dziś pozostawia swoich mieszkańców w poczuciu nieustającego zagrożenia życia i niepewności co do jutra. „Czy ludzie wiedzą, jaką „kołysankę” śpiewa się w tej chwili dzieciom w Gazie? Czy ludzie wiedzą, jakie dźwięki one słyszą co noc? Czy rodzice zdają sobie sprawę, że gdy czytają bajki na dobranoc swoim dzieciom, inni rodzice w miejscu zwanym Gaza trzymają swoje dzieci przy sercach i modlą się, by nic złego im się nie stało?”, pada smutne stwierdzenie, będące jednocześnie niemym wołaniem narratora o uwagę milczącego świata.
Anonimowość autora sprawia, że jego zapiski nabierają wymiaru uniwersalnego – stają się świadectwem ludobójstwa, systematycznego i długotrwałego nękania mieszkańców Strefy Gazy. To zapis powolnego gaśnięcia nadziei, która z czasem ustępuje apatii i marazmowi. A jednak, mimo narastającego zobojętnienia, w tej relacji wciąż tli się niegasnąca iskra – tlące się pragnienie normalności, bezpieczeństwa i prostych przyjemności w postaci lodów truskawkowych, gorącego prysznica czy spokojnego snu. „Chcę umrzeć w pokoju, jako bardzo stary człowiek, na koniec pięknego życia, w którym spełniły się wszystkie moje marzenia. Ale przede wszystkim chcę żyć.” Po jej lekturze trudno wrócić do własnej codzienności bez cichego poczucia wdzięczności i niepokoju jednocześnie, bo jeśli literatura ma jeszcze jakąkolwiek sprawczą moc, to właśnie taką: zmuszać do myślenia o innych, nawet wtedy, gdy najłatwiej byłoby odwrócić wzrok.
Tytuł: Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy.
Autor: Anonim
Tłumaczenie: Agnieszka Rasmus-Zgorzelska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ilość stron: 328



