Są takie miejsca na mapie świata, w których historia nieustająco wymuszała na mieszkańcach znalezienie odpowiedzi na pytanie: „Kim jesteś?”. Do takich regionów bez wątpienia należy Śląsk. To tutaj od pokoleń próbowano wyznaczyć sztywne granice i encyklopedycznie zdefiniować tożsamość. Tymczasem wielu Ślązaków odpowiedziałoby: „to skomplikowane i niejednoznaczne”.
Kim jesteś?
Śląskość od lat fascynuje pisarzy, ale jednocześnie wymyka się prostym definicjom. Zmierzył się z nią Zbigniew Rokita w „Kajś” i „Aglo”, własną prozatorską drogę obrał Szczepan Twardoch w „Drachu” czy „Powiedzmy, że Piontek”. Książki te, choć tak różne, prowadzą do podobnego wniosku. Ślązak to człowiek żyjący na pograniczu języków, narodowości, ideologii i pamięci. Do tego literackiego dialogu dołącza również Agnieszka Głębicka w powieści „Śląszczyki”.
Autorka nie próbuje jednak dopowiedzieć jednej, obowiązującej definicji śląskości. Wręcz przeciwnie. Pokazuje, że każda próba zamknięcia jej w prostych kategoriach musi zakończyć się niepowodzeniem. Nie opowiada historii Śląska przez pryzmat wielkich wydarzeń politycznych. Znacznie bardziej interesuje ją codzienność, ta, w której wielka historia odciska ślad na rodzinnych relacjach, języku, pamięci i zwykłych ludzkich wyborach. Doskonale widać to w portretach dwóch głównych bohaterek powieści. Głębicka nie buduje Eriki i Agnes na prostym kontraście. Tworzy dwie odmienne bohaterki, które na różne sposoby odpowiadają na pytanie o własną przynależność.
Dwie kobiety, dwa sposoby przeżywania śląskości
Erika uosabia model kobiety głęboko zakorzenionej w rodzinie, pracy, tradycji i codziennych rytuałach. To typowa twarda, śląska kobieta, która żadnej pracy się nie boi. Silnymi dłońmi zagniata ciasto na chleb, piecze śląski kołacz, a z równą swobodą odnajduje się w stolarni. „Co się dziwisz, dziołcha? Baba też człowiek. Pierwiastki wymyśla, meble robi”, odpowiada z charakterystyczną dla siebie pewnością i zadziornością. Ona żyje rytmem śląskiego domu i tradycji. Przejawia się to w pamięci o bliskich, codziennych obowiązkach, języku, prostych gestach oraz skrzętnie przechowywanych przepisach kulinarnych, które, regularnie spisywane na odwrocie kartki z kalendarza, z pokolenia na pokolenie budują poczucie wspólnoty.
Agnes zaś reprezentuje zupełnie inną perspektywę. Jest bardziej refleksyjna, wrażliwsza i ciekawa świata. Poznaje go przede wszystkim przez książki, sztukę i własne doświadczenia. To właśnie przez pryzmat tego, co czyta i jak przeżywa rzeczywistość, odkrywamy, jak ważna jest dla niej śląskość. Nie przyjmuje jej jednakże bezrefleksyjnie. To kobieta, która próbuje ją zrozumieć, zdefiniować i odnaleźć w niej własne miejsce. „Jaka szkoda – myśli Agnes. Chłopaki mają lepiej. Nie muszą rodzić, nic nie muszą, czasem tylko na wojnę jakąś pójdą”. To zdanie doskonale odsłania bohaterkę, która nie godzi się na zastany porządek, próbuje go nie tylko zrozumieć, ale i podważyć jego zasadność.
To właśnie zestawienie Eriki i Agnes okazuje się jednym z najmocniejszych elementów budujących powieść „Śląszczyki”. Pierwsza przeżywa swoją przynależność intuicyjnie, poprzez pamięć, rodzinę i codzienne życie. Druga próbuje ją świadomie zrozumieć, interpretować i opowiedzieć. Nie są więc jedynie dwiema różniącymi się temperamentem kobietami, lecz dwiema perspektywami patrzenia na ten sam świat. To dzięki nim Głębicka pokazuje, że śląska tożsamość nie jest czymś raz na zawsze danym. Dla jednych jest naturalnym i bezrefleksyjnym sposobem życia, dla innych nieustannym procesem odkrywania własnych korzeni. Dlatego „Śląszczyki” nie są jedynie opowieścią o Śląsku. Są opowieścią o człowieku, który próbuje odnaleźć samego siebie tam, gdzie próżno szukać prostych i jednoznacznych odpowiedzi.
Czy tożsamość jest dziedziczna?
Jednocześnie debiutująca w roli powieściopisarki autorka udowadnia, iż przynależność do grupy narodowościowej czy społecznej nie jest człowiekowi dana raz na zawsze. Choć dziedziczy się ją poprzez nazwisko i miejsce urodzenia, budowana jest poprzez sposób wychowania i doświadczenia. Tu za przykład postawić można postać Mateusza, syna Eriki i Josefa. Ojciec wysyła chłopaka do polskiej szkoły w Lublińcu, co daje finalnie wymierne korzyści. Mateusz stopniowo dystansuje się od swoich śląskich korzeni. Coraz silniej identyfikuje się z polskością i odrzuca wszystko, co kojarzy mu się z niemieckością. Z czasem całkowicie oddala go to od organicznej, naturalnej śląskości jego matki. Kiedy Erika proponuje mu przymierzenie krótkich spodenek, chłopak oburza się słowami: „Co ja, Niemiec?”. Żąda również, aby zwracano się do niego polską wersją imienia. Jak krucha okazuje się taka próba jednoznacznego określenia własnej tożsamości, widoczna jest również w czasach powojennych i przymusowym spolszczaniu ziem, które przejęła Polska.
Śląskość pachnie kołaczem
Choć osią tej opowieści pozostaje próba odpowiedzi na pytanie o tożsamość Ślązaków i Ślązaczek, w gruncie rzeczy proza Głębickiej pozostaje przede wszystkim pochwałą kobiet. To właśnie im autorka poświęca najwięcej uwagi, pokazując z niezwykłą czułością, że pamięć o miejscu i jego historii nie jest budowana wyłącznie przez wielkie wydarzenia polityczne czy zmieniające się granice. Czasem znacznie trwalej zapisuje się w tym, co pozornie błahe: przepisie skrzętnie zapisanym na odwrocie kartki z kalendarza, sposobie przygotowywania niedzielnego obiadu, szyciu odświętnej spódnicy, trosce o groby bliskich czy gwarze wybrzmiewającej podczas rodzinnych spotkań.
Śląskość ma tutaj zapach tradycyjnego kołacza i tkwi zaklęta w lokalnych obyczajach i obrzędach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W tej powieści to właśnie kobiety stają się strażniczkami tej pamięci. Przypominają, że nie trzeba głośno o niej mówić, wystarczy ją z miłością praktykować. W ich rękach tradycja trwa zaklęta w prostych, powtarzalnych gestach, których nie unieważnia nawet zmiana ustroju politycznego. Na tym tle mężczyźni zdają się stopniowo znikać w odmętach dziejów, wikłając się w wojenną zawieruchę, podczas gdy kobiety cierpliwie przechowują to, czego nie są w stanie zniszczyć ani wojna, ani kolejne zmiany granic.
„Śląszczyki” to opowieść o zwykłych ludziach, z których każda postać zostaje sportretowana na swój, odmienny sposób. To swego rodzaju portret zbiorowy. Język śląski nie pełni roli ozdobnika. Pozostaje odrębnym bohaterem, któremu autorka poświęciła sporo miejsca, udowadniając, jak odmienny potrafi być, w zależności od kontekstu czy osoby, która się nim posługuje. Jednym z najlepszych przykładów wykorzystania gwary jest tutaj kłótnia Eriki z Bogatzką, która rozwija się w sposób lawinowy i zupełnie nieoczekiwany. To również dowód na to, iż autorka nie stroni od ironii. Humor, jaki zostaje między wierszami przemycony, oswaja na swój sposób osobiste tragedie, jakie przeżywają bohaterki. Niejednokrotnie pozwala też udźwignąć ciężar, z którym przychodzi się im mierzyć.
Historia nie unieważnia pamięci
„Śląszczyki” to książka napisana w gawędziarskim stylu, pozbawiona jednej dominującej bohaterki. Zamiast tego Głębicka oddaje głos grupie kobiet, które udowadniają, że Śląsk nie jest i nie może być jedynie regionem na mapie. Jest doświadczeniem ludzi, którzy przez całe życie funkcjonowali w pewnym rodzaju zawieszeniu pomiędzy językami i państwami, a także próbą zrozumienia własnej przynależności, której historia nigdy nie pozwoliła im jednoznacznie określić. Opowieść ta pokazuje, że największym dramatem pogranicza nie jest wyłącznie zmiana granic, lecz konieczność nieustannego odpowiadania na pytanie, kim się jest, również wtedy, gdy historia domaga się w tym kontekście zdecydowanej jednoznaczności, a życie pozostaje bezkompromisowo niejednoznaczne.
Tytuł: Śląszczyki
Autor: Agnieszka Głebicka
Wydawnictwo: Czarne
Ilość stron: 256
[Współpraca recenzencka]



