O wojnach zwykle myśli się jak o wydarzeniach, które można zamknąć w określonych ramach. W podręcznikach znajdziemy wyszczególnienie stron konfliktu, konkretną datę rozpoczęcia czy ogłoszonego pokóju. Historia lubi takie granice, gdyż pozwalają uporządkować chaos i nadać sens temu, co często wymyka się jakiemukolwiek porządkowi. Literatura bywa pod tym kątem jednak bardziej niepokorna. Przypomina, że koniec działań militarnych nie zawsze oznacza koniec tego, co wojna zrobiła z człowiekiem. Najtrudniejszy etap zaczyna się bowiem dopiero wtedy, gdy milkną strzały, a świat próbuje wrócić do normalności. Mimo iż pamięć zna daty graniczne, to tak naprawdę rządzi się własnymi prawami. Wspomnienia wracają w najmniej oczekiwanych momentach: w słowach, obrazach i emocjach, których nie sposób wymazać.
Dlatego też „To za dużo dla mnie” Darka Cvijeticia nie pozostaje wyłącznie opowieścią o wojnie, która miała miejsce na Bałkanach w latach 90. XX wieku. To książka o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy wojna znika z pierwszych stron gazet, ale nie znika z jego pamięci. W zamykającej tryptyk powieści, po „Windzie Schindlera” oraz „Czemu na podłodze śpisz?”, Pisarz odważnie odwraca perspektywę narratora. Zamiast pytać wyłącznie o doświadczenie ofiar, przygląda się człowiekowi, który musi żyć ze świadomością własnej winy. Nie stara się go jednak usprawiedliwić, sprawdza za to, czy odbyta kara może rzeczywiście zamknąć historię przemocy i umożliwić sprawcy powrót do społeczeństwa.
Cvijetić nie zatrzymuje się na rekonstrukcji samej zbrodni. Interesuje go przede wszystkim to, co dzieje się z człowiekiem i społeczeństwem po jej dokonaniu. Filip Latinović, narrator powieści i były zbrodniarz wojenny, nie jest bowiem jedynie człowiekiem naznaczonym własną przeszłością. Jest także kimś, kto wraca do kraju, w którym mimo popełnionych czynów bywa postrzegany jako bohater. Niepokój budzi nie tylko to, że Latinović nie potrafi uwolnić się od własnej winy. Jeszcze bardziej przeraża społeczeństwo, które konsekwentnie tę winę unieważnia.
„Czuję się jak list samobójcy w sytuacji, gdy umarli już wszyscy, dla których list coś by znaczył”, wyznaje bezradnie Filip Latinović, prowadząc osobliwy monolog skierowany do Darka Cvijeticia. Nie jest to jednak wyłącznie spowiedź człowieka próbującego opowiedzieć własną historię. Cvijetić konstruuje narrację tak, aby czytelnik pozostał w niełatwym zawieszeniu: pomiędzy próbą zrozumienia stanu, w jakim znajduje się narrator, a moralnym osądem jego czynów. Latinović został osądzony przez sąd, odbył karę, a mimo to nie potrafi uznać jej za moralne zamknięcie zbrodni. Co więcej, gdy wraca do kraju i zostaje przyjęty jak bohater, jego wewnętrzny konflikt, poczucie zagubienia i samotności jeszcze bardziej się pogłębiają.
W tym miejscu Latinović zdaje się być odwróconym echem Raskolnikowa. Nie jest jednakże współczesnym bohaterem „Zbrodni i kary”, lecz raczej Raskolnikowem oglądanym w krzywym zwierciadle. Bohater Dostojewskiego próbuje podporządkować zbrodnię własnej teorii i przekroczyć powszechny porządek moralny, by dopiero później skonfrontować się z ciężarem winy. Latinović znajduje się w sytuacji odwrotnej. Zna własne czyny i nie potrafi od nich uciec, podczas gdy świat, do którego wraca, próbuje odebrać mu status winnego, nazywając go bohaterem. Raskolnikow musi dopiero przyjąć własną winę. Latinović zdaje się już ją rozumieć, lecz nie potrafi znaleźć dla niej miejsca w rzeczywistości, która odmawia mu prawa do pozostania zbrodniarzem.
Konstrukcyjnie opowieść Latinovicia pozostaje formą wyjątkowo niejednorodną. Cvijetić wybiera poszarpaną konstrukcję, która nie jest wyłącznie zabiegiem stylistycznym, lecz doskonałym literackim odpowiednikiem pamięci rozbitej przez traumę. Wspomnienia nie układają się w spokojną, linearną narrację, lecz powracają obrazami i urywkami, fragmentami powieści i poezji, wyrwanymi z kontekstu dialogami, umiejętnie wplecionymi w fragmentaryczną strukturę opowieści. To proza oszczędna, rwana, zaskakująco poetycka, mimo to nie estetyzuje przemocy, lecz pozwala jej wybrzmieć. Dzieje się tak głównie dzięki natrętnie pojawiającym się, powielanym zdaniom. To właśnie one wyznaczają rytm narracji i niczym mantra odsłaniają rozpad wewnętrzny bohatera, nie pozwalając ani jemu, ani czytelnikowi uwolnić się od przeszłości.
Natrętnie powracające myśli odsłaniają także kryzys tożsamości Latinovicia. „Być nim, Filipem Latinoviciem, to coś strasznego”, powtarza nieustannie narrator, ujawniając nie tylko cierpienie, lecz także głęboki rozpad własnego obrazu siebie. Nie potrafi pogodzić się z pamięcią o tym, kim był podczas wojny i jakich czynów się dopuścił. Jednocześnie nie może liczyć na prostą drogę od winy do odkupienia. Jego cierpienie nie prowadzi ku moralnemu rozwiązaniu, ponieważ świat zewnętrzny nie zmusza go do uznania własnej winy. Przeciwnie przecież, próbuje ją przesłonić.
Szczególnie wyraźnie widać to w powracającym motywie „ośmiu dziewczynek”, który pojawia się już w oryginalnym tytule powieści. Ta fraza nie jest jedynie szczegółem z biografii Latinovicia. Staje się miarą zbrodni, której nie da się pomniejszyć ani zamknąć w konkretyzującym języku wojennych działań. Cvijetić sprowadza przemoc do konkretnej liczby i konkretnych istnień. „Osiem dziewczynek” powraca jak refren, ale jest to refren pozbawiony ukojenia. Za każdym razem przypomina o tym, że za słowami „wojna” i „zbrodnia” kryją się pojedyncze, nieodwracalnie utracone życia.
Najbardziej niepokojący paradoks powieści polega tymczasem na tym, że cierpienie Latinovicia może uruchomić w czytelniku współczucie wobec człowieka, którego czyny winny owo współczucie wykluczyć. Pochodzący z Prijedoru pisarz nie usprawiedliwia jednakże swojego bohatera. Zmusza przy tym odbiorcę do wejścia w perspektywę zbrodniarza i do obserwowania jego rozpadu od wewnątrz. Ta wiwisekcja pozostawia czytelnika w moralnie niekomfortowym miejscu. Czy można współczuć człowiekowi, który sam powtarza, że zamordował „osiem dziewczynek”? I czy samo współczucie oznacza już próbę jego usprawiedliwienia?
Darko Cvijetić ukazuje Filipa jako człowieka głęboko osamotnionego, zawieszonego pomiędzy tym, co było, a tym, co jest. Nie potrafi on odnaleźć własnego miejsca w świecie, w którym wojna dobiegła końca, ponieważ dla niego nie jest ona zamkniętym rozdziałem historii. Pozostaje doświadczeniem wciąż obecnym, powracającym i niepozwalającym rozpocząć życia od nowa. Podobny wymiar wojny odnajdujemy w „Windzie Schindlera”, gdzie wspomnienia ofiar również nie należą wyłącznie do przeszłości, lecz nieustająco wpływają na teraźniejszość. Cvijetić pokazuje jednak, że pamięć nie jest wyłącznie domeną ofiar. Może stać się także ciężarem sprawcy, choć ciężar ten nie znosi moralnej różnicy pomiędzy tymi dwiema stronami.
Poczucie osamotnienia Filipa pogłębia także postawa jego matki, pozostającej nieustannie „w żałobie po żyjącym mordercy”. Jej żałoba pozostaje kolejnym dowodem na to, że wojna nie kończy się w chwili podpisania pokoju ani wydania wyroku. Przenika relacje rodzinne, język i sposób, w jaki człowiek postrzega samego siebie. Latinović pozostaje więc rozdarty nie tylko pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, lecz także pomiędzy tym, kim był, a tym, kim próbuje go widzieć jego otoczenie.
„To za dużo dla mnie” nie jest zatem powieścią o możliwości prostego odkupienia. Cvijetić stawia pytanie znacznie trudniejsze: co dzieje się z człowiekiem, który pamięta własną winę, podczas gdy społeczeństwo próbuje tę winę wymazać? Latinović jest osądzony, ale nie rozgrzeszony. Jest pamiętający, choć świat wokół niego coraz chętniej zapomina. Być może dlatego wojna w książce Cvijeticia nie kończy się wraz z ostatnim wystrzałem. Kończy się dopiero wtedy, gdy ktoś będzie gotów nazwać winę winą. A „To za dużo dla mnie” pozostawia czytelnika z pytaniem, czy społeczeństwo, które nazywa zbrodniarza bohaterem, nie staje się kolejnym uczestnikiem jego przemilczenia.
Tytuł: To za dużo dla mnie
Autor: Darko Cvijetić
Tłumaczenie: Dorota Jovanka Cirlić
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Ilość stron:174



